piątek, 10 listopada 2017

Butelka Wina - miniaturka





  - Damian?
   - Nic.
   Blondyn pokręcił teatralnie głową. Podekscytowanie, jakie towarzyszyło mu, trzymając w dłoniach tak bardzo cenne figury, niwelował strach i obawa. Nigdy nie był odważny, a w tej sytuacji miał prawie pewność, że może oberwać. Za namową postanowił postawić cały swój majątek. Za nim w ślad ruszyła reszta kompanów. Zaraz miał zostać właścicielem kilkunastu tysięcy galeonów. Czy jeśli ogłosi, że jest w posiadaniu pokera, dostanie bardzo mocno w nos? Mógł przecież udawać, że to coś normalnego, że ogołocenie graczy z dotychczasowego dorobku, to tylko chwilowa strata...
    Włożył papierosa do ust, po czym mocno się zaciągnął. Miał ochotę zrezygnować, ale w sytuacji, w której się znajdował, pieniądze były bardzo potrzebne. Zgasił więc nikotynowy wyrób w popielniczce. To był ten moment. Teraz, albo nigdy. Lekkim ruchem położył karty na stół.
    - Poker.
    Stało się to, czego się spodziewał. Twarze jego przeciwników napięły się. Obserwował jak żyły na ich szyi pulsują, a pot powoli wkrada się na czoła.
    Więc dlaczego przyglądał się czujnie na ludzi w tłumie, skoro już teraz miał nie lada problemy? Otóż dostrzegł gdzieś, między stolikami skrawek satynowej peleryny, której najchętniej nie oglądałby już nigdy więcej w swoim życiu.
    Znaleźli go. Odsunął nerwowo krzesło i stanowczym ruchem zgarnął monety do jednorazówki. Pokerowi gracze już nie byli problemem. Musiał uciekać, najszybciej jak potrafił. Zostawił ich zaskoczonych i wściekłych jednocześnie, nie rozumiejących jego nietypowego zachowania.
    Chciał skierować się w stronę wyjścia, ale skutecznie zostało mu odgrodzone przez jednego z aurorów. Był spanikowany. W jednym momencie naraził się tylu osobom. To była jego specjalność-pakowanie się w kłopoty.
    Niewiele myśląc, przeskoczył przez bar, rozbijając rząd kufli z piwem i wysłuchując obelg kilku kelnerek. Wbiegł na zaplecze, zahaczając o półkę wypełnioną słoikami. Upuścił reklamówkę z pieniędzmi. Zaklął pod nosem. Nie miał czasu po nią wrócić. Pogoń rozprzestrzeniła się po całym lokalu. Im bardziej się oddalał, tym coraz mniej wyraźniej słyszał komendy zatrzymania się i krzyki wystraszonych ludzi.
    Przyśpieszył bieg, zbliżając się do sprintu. Trącając przechodniów, przemierzał londyńską ulicę. Pot spływał mu obficie po plecach nie tylko z wysiłku, ale też strachu. Był przerażony, choć podobna sceneria nie działa się po raz pierwszy.
    Był poszukiwany z "dwóch stron".
    Śmierciożercy oddaliby wszystko za skręcenie jego karku. Rozliczyli się ze zdrady już z jego rodzicami - teraz przyszła kolej na niego.
    Gdyby tego było mało, Potter wydał go przed Ministerstwem Magii. Już wszyscy wiedzieli, że był zamieszany w zabójstwo Dumbledore'a i każdy chciałby go schwytać. Ministerstwo wyznaczyło sowitą zapłatę za jego głowę. Był ścigany listem gończym w każdym kraju. Nigdzie nie był bezpieczny, ani anonimowy.
    Wszyscy odwrócili się od niego. Blaise i Goyle chcieli ratować własny interes. Zostało mu koczowanie, życie pod mostem, tułanie się po barach i modlitwa o łaskawość losu.
    Nigdy nie wróżył dla siebie takiego scenariusza. Nigdy nie spodziewał się, że w ogóle coś takiego mu się przytrafi. Przyszedł czas żeby odpokutował swoje winy za wszystko co złego zrobił w życiu. Los zechciał się z nim zrównać, na swój indywidualny sposób.
    Nie wiedział gdzie jest. Nigdy nie przebywał w tej części Londynu. Rząd jednorodzinnych domów rozciągał się wzdłuż długiej ulicy. Miał szczęście. W oddali ujrzał kobietę, mocującą się z zerdzewiałymi drzwiami od furtki.
    - Ja pani pomogę - krzyknął z oddali i przeskoczył przez płotek.
   Chciał pomóc kobiecie i wprosić się w gościnę. To była idealna okazja by zgubić pogoń. Zaczął szarpać się z klamką, która za nic nie chciała dać za wygraną. Zaklął cicho pod nosem.
    - Malfoy?
    Usłyszał znany mu od dawna, wysoki głos. Podniósł głowę. Gdy za kratką ujrzał brązowe włosy wiedział z kim ma do czynienia. Spojrzał jednak w oczy i w jednym momencie, pożałował, że nie zechciał dalej biec. Zapadło milczenie. Draco ścisnął mocno klamkę, która niespodziewanie ustąpiła.
   - Co ty tutaj w ogóle...
   - Cii... - przyłożył palec do ust i szarpnął ją za ramię.
   Zaciągnął ją na sam ganek.
 . - Otwórz drzwi, błagam Granger...
   - Myślisz, że mój dom, będzie służył ci za jakiś pieprzony bunkier?! - zmarszczyła brew i założyła ręce na piersi.
   Wyszarpał klucz z jej dłoni i sam zrobił to, o co ją prosił. Gdy wpadli do korytarza, zaryglował drzwi na kilka spustów i oparł się o nie, oddychając głęboko.
    - Możesz mi to wszystko wytłumaczyć?! - krzyknęła, rozmasowując rękę, która doświadczyła jego bolesnego uścisku.
    - Wiem. Możesz mnie nienawidzić i chcieć zarobić w ministerstwie dwadzieścia tysięcy galeonów. Nie dziwię ci się i nawet się na to zgadzam, ale błagam. Daj mi jeden dzień i zniknę.
    W jego oczach widać było obłęd. Miał na sobie spodnie na szelkach i lekko brudną koszulę. Twarz doświadczyła dwudniowego zarostu, a oko zdobił wyblakły już siniec.
    - Nie ma mowy - pokiwała zdecydowanie głową. - Powinieneś być w Azkabanie. Tam jest twoje miejsce.
    - Nie rozumiesz, że to nie będzie roczny wyrok. Oni chcą mnie skazać na śmierć, Granger. Jeden dzień. Dwadzieścia cztery godziny, nawet mniej. O nic więcej nie proszę.
    Gdy widział jej nieuchylny wzrok, upadł na kolana. Cofnęła się o krok. Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony popierała fakt jego ukarania, ale z drugiej strony, nikomu nie życzyła śmierci. Była rozdarta. Co jeśli dowiedziałby się o tym wszystkim Ron, albo Harry?
    Dwadzieścia cztery godziny. To tylko jeden dzień... Później zamknie drzwi i zapomnimy.
    Westchnęła głęboko.
    - Tam jest prysznic.

   ***

      To było dla niej dziwne wdychać powietrze przepełnione duchotą prysznica, jaka wydobywała się z pod drzwi łazienki. Postanowiła jednak mieć trzeźwy umysł. Skończyła kroić marchewkę i wrzuciła ją do wody.
     Spojrzała przez okno. Księżyc leniwie tłoczył się na niebo, jako jedyny, prócz lamp, oświetlając mały ogród za domem.
      Usłyszała jak drzwi łazienki otwierają się, a do jej nozdrzy doszedł zapach żelu do kąpieli. Jego kroki powoli zbliżały się do blatu, gdzie znajdowały się trzy stołki barowe. Usiadł na jednym z nich.
     - Zmieniłaś się - zaczął.
    - Każdy się zmienia - odparła cicho, nie patrząc w jego stronę.
    - Nie o to chodzi. W sensie wizualnym.
    - Ty za to nic się nie zmieniłeś.
    Znowu wstał. Słyszała jak skóra krzesła, piszczy przez przekładany ciężar jego ciała. Podszedł do niej.
    - Co masz na myśli? - przystanął przy niej.
    - Na prawdę muszę ci tłumaczyć? 
    Czuła jak włosy jeżą się na jej ręce. Nie wiedziała z jakiego powodu zacisnęła pięść na nożu. Zrozumiała, że najzwyczajniej w świecie się go bała. Nie wiedziała co może o nim myśleć. Ciągła ucieczka, tułaczka mogła go zmienić, nadać mu drapieżności i diaboliczności. Zaczynała żałować, że przyjęła go pod swój dach.
     Ku jej zdziwieniu, zaczął się śmiać. Spojrzała na niego zdezorientowana.
     - Chcesz mnie zasztyletować, Granger? - z rozbawieniem zabrał nóż z jej ręki i nabił na niego kawałek marchewki, po czym go zjadł.
     Spuściła po cichu powietrze z płuc, nie chcąc się z tym zdradzić. Czy mogła liczyć na to, że to ten sam Malfoy, którego zna od dawana, a nie seryjny morderca? Arogancki i kąśliwy arystokrata? Nie miała pojęcia. Obserwowała jak podchodzi do półki z winami. Ukradkiem schowała nóż za pasek do spodni. Różdżkę zostawiła na górze w sypialni. Musiała sobie jakoś poradzić bez niej.
    - Czy to English Rose Chapel Down ? Hrabswo Kent?
   Draco podniósł butelkę wytrawnego alkoholu.
   - Tak. Dostałam je od babci na dziewiętnaste urodziny.
   - Mój ojciec posiadał, aż pięć butelek - przyglądał się białym literom wydrukowanym na czarnej etykiecie.
   - Posiadał? - zapytała, spoglądając ukradkiem w jego stronę.
   - Tak, bo nie żyje.
   Zamilkł. Zawahał się chwilę za nim zapytał:
   - Mógłbym się poczęstować?
   - Tak. Kieliszki są u góry po prawej - wskazała palcem w stronę szafki,
    Ostrożnie wyciągnął dwa z nich i położył na blacie. Zapełnił go do wymaganej granicy savoir vivre.  Podał jeden z nich Hermionie, po czym oparł się o blat biodrem i spojrzał na nią tajemniczo.
    Mokre włosy zaczesał do tyłu, jednak nieskutecznie ułożone pasmo opadało na jego czoło. Ubrany miał czarny podkoszulek jej taty, który zostawił podczas wyprowadzki. Spodnie również należały do Hans'a Granger'a. Wcześniejszy strój Draco wrzuciła do automatu, przez co w mieszkaniu roznosił się huk bębna pralki.
     Upiła łyk alkoholu, który szczypał ją delikatnie w język. Płomień w lampionie zapachowym przygasł. Zamknęła na chwilę oczy. To wino miało być przeznaczone na wyjątkową okazję. Paradoksalnym był fakt, że przybycie Malfoy'a nie należało do codzienności. Czy mogła więc zaliczyć go do wyjątkowej okazji?
     Spojrzała na niego. Spoglądał gdzieś w stronę okna, na światło lamp ulicznych. Co mógł czuć? W jednym momencie znalazł się na łasce kogoś kogo najchętniej już nigdy nie chciałby oglądać. 
    Nie wiedziała o nim prawie nic. Czy stosownym jest zapytać się go o coś bardzo prywatnego? Postanowiła zaryzykować.
     - Czy mógłbyś opowiedzieć mi co działo się z tobą po Bitwie o Hogwart? - nie było słychać pewności w jej głosie.
     Odwrócił głowę w jej stronę. Obserwowała jego twarz. Nie spiął się, nie zasmucił. Był zaskoczony, że o to zapytała? Z pewnością spodziewał się, że prędzej, czy później zostanie w jego stronę skierowane to zagadnienie. Wyciągnął z kieszeni dresów paczkę papierosów i odpalił jednego, nie pytając jej o zgodę. Jedyne co zrobił, aby się zreflektować, to otworzył okno.
     - Na prawdę cię to interesuje, Granger? - podniósł brew.
     - Owieje cie - mruknęła pod nosem i zamieszała w garnku, po czym wyłączyła palnik.
     Wzruszył ramionami i wypuścił dym z płuc. Hermiona wypiła ostatni łyk z kieliszka. Czuła jak lekkie wypieki wkradają się na jej twarz. Miała słabą głowę do alkoholu, więc nie piła go często. Draco sięgnął po butelkę i po raz kolejny napełnił dwa puste kieliszki.
     - Nie nie mogę... - przeciwstawiła się, ale ostatecznie odebrała jeden z nich z jego rąk.
    Radio grało cicho przeboje Beatles'ów. Męski wokal mieszał się z odgłosami pralki.
    - Po bitwie przeprowadziłem się z rodzicami do hrabstwa Durham - zaczął. - Bardzo przyjemne miejsce. Przez zachód przebiega pasmo górskie, przez co ludność jest skupiona na jednym obszarze. W mieście w godzinach szczytu bywa tłoczno. Mają natomiast niezłe kluby i bary. Zwłaszcza pub Stonehenge - uśmiechnął się pod nosem na miłe wspomnienie tego miejsca. - Pewnego dnia wróciłem później do domu trochę pijany. Byłem pewny, że spotkam się z kolejnymi oskarżeniami o nieodpowiedzialność - zaśmiał się pod nosem. - Matka kochała prawić mi morale.
    - Była zła?
    Zapewne sytuacja musiała być komiczna. Syn arystokratów wykazuje się nagannym postępowaniem? To mogło zahaczyć o skandal.
    - Nic nie powiedziała. Zobaczyłem ciała matki i ojca powieszone na żyrandolu.
    Hermiona zakryła usta dłonią.
    - To okropne - pokręciła głową. - Wiadomo kto to zrobił?
    - A jak myślisz? - zapytał kpiąco.
   Śmierciożercy. To oczywiste. Szukali pomsty za porażkę Czarnego Pana.
    - Resztę już znasz - mruknął i wyrzucił papierosa za okno.
    Został sam. Później Harry wydał go Ministerstwu. Uciekał przed prawem, które miało go dosięgnąć, aż trafił tutaj. Wiedziała.
    - A ty? Ułożyłaś sobie życie z Weasley'em? - zapytał, zamykając okno.
    W kuchni panował lekki ziąb. Hermiona upiła łyk wina i usiadła na krześle barowym.
    - Weasley? Kto to jest? - prychnęła pod nosem.
   Draco zabrał swój kieliszek i butelkę, po czym usiadł naprzeciwko niej.
   - Czyli jednak nie - szepnął z nutką wyśmiania.
   - Tak na prawdę nawet nie wiem, gdzie jest. Wyjechał pół roku temu w wyprawę życia z Harry'm. Chciał zrobić mi na złość. Stwierdził, że bez niego nie wytrzymam, ale ja nie chciałam żyć w związku z wiecznym donżuanem, który nie umie utrzymać swoich łap przy sobie i pożera wzrokiem wszystko co się rusza - powiedziała na jednym wydechu.
   - Łasica boskim żigolo? Kto by się spodziewał...
   Wybuchła śmiechem. Alkohol szumiał lekko w głowie. Wszystko stało się takie jasne i oczywiste. 
   Nazywał się Draco Malfoy. Był skończonym sukinsynem. Ale kto teraz na to zwracał jakąkolwiek uwagę? Zegar na ścianie wybił północ. Nie wiadomo kiedy butelka opróżniła się, a wraz z nimi wylała się fala rozmowy. Bo gdy dwie osoby spotykają się, alkohol jest ich idealnym łącznikiem.
    Nazajutrz Hermiona obudziła się z lekkim bólem głowy. Przewróciła się na drugi bok. Słońce wpadło przez okiennice na podłogę. 
    Wstała, lekko się przeciągając. Ubrała pantofle i szlafrok, po czym zeszła po schodach na dół. W salonie nie było nikogo. W kuchni zastała jedynie przewróconą butelkę po winie English Rose. Niespodziewanie drzwi od łazienki otwarły się. Draco wyszedł ubrany w strój, w którym przyszedł, jednak teraz wyglądał zadbanie. Płyn do płukania tkanin dotarł do ich  nozdrzy. Był gotowy do wyjścia.
    - Idę - powiedział, ubierając na plecy małą torbę, z którą przyszedł.
   Skinęła głową. Postanowiła go odprowadzić. Dziwnie się czuła z wiadomością, że przyszedł na niego czas. Wieczorem otworzył się na nią w taki sposób, z którego nie był jej znajomy.         Niechlujnie ułożone włosy nie odstraszały, dodawały mu uroku. I jego lekki uśmiech, kpiący, ale prawdziwy. Dlaczego w jej głowie pojawiały się takie myśli? Co zmieniło się w jej nastawieniu? 
   Jego dłoń dotknęła klamki.
    - Malfoy! - zawołała.
    Mężczyzna odwrócił się. Hermiona wzięła głęboki oddech.
   - Uważaj na siebie.
   Otworzył drzwi.
   Rząd aurorów okrążył dom Granger'ów. Wszyscy celujący różdżkami w jeden cel.
   - Żuć plecak! - krzyknął jeden z nich.
   Draco ściągnął torbę z pleców i cisnął nią pod schody ganku. Hermiona wyszła na taras. Harry i Ron podbiegli do niej.
    - Nic ci nie jest? - zapytał Potter, oglądając ją dookoła.
    - Już koniec - Ron dotknął jej twarzy. - Już nie jesteś jego zakładniczką. Ten skurwiel nic ci nie zrobi.
   Hermiona nie wiedziała co się dzieje. Ona? Zakładniczką Malfoy'a? Co to do cholery miało znaczyć? I skąd nagle w Anglii wziął się Harry razem z Ron'em? Mieli być poza granicą, a przynajmniej tak pisali na pocztówkach wysyłanych jej co tydzień.
   - Zdradziłaś mnie - wysyczał przez zęby Draco, gdy para aurorów skuwała jego dłonie.
   Hermiona wyszarpała się z uścisków gryfonów i pobiegła za nim.
   - Nie wiem co to ma znaczyć, Draco...
   - Byłaś bardzo przekonująca mówiąc, że Potter jest w podróży. Pewnie planowaliście to wszystko razem!
   W jego głosie było tyle nienawiści, z jaką jeszcze z jego strony nigdy się nie spotkała. Aurorzy próbowali ją odepchnąć, jednak ona złapała blondyna za ramiona.
    - Nie zrobiłam tego, uwierz mi!
   Spojrzał głęboko w jej oczy, szukając prawdy.
    - Idziemy! - krzyknął pracownik ministerstwa, szarpiąc ślizgona w stronę furgonetki.
    Wyprowadzili go za furtkę. Hermiona pobiegła za nimi.
    - Ja nic nie zrobiłam, Draco! - krzyknęła i złapała się zimnych krat siatki. - Uwierz mi!
   - Hermiona, co to ma znaczyć?! - Ron złapał ją za rękę.
   Wyszarpała się z jego uścisku.
    - Śmiesz się mnie pytać? To ja powinnam zapytać co to wszystko znaczy? Co wy tu robicie!?
    Trzęsła się ze wściekłości.
    - Nigdzie nie wyjechaliśmy. Przygotowywaliśmy tajną obławę na Malfoy'a. Kręcił się w Londynie już od pięciu dni, jednak nikt nie spodziewał się, że ciebie obierze na celownik. Zorganizowaliśmy tą akcję, bo zlokalizowaliśmy Malfoy'a u ciebie w domu! Ktoś widział, jak wychyla się przez twoje okno w kuchni. Wiem, że jesteś w szoku. Uprowadził cię. Ale nic już ci nie będzie. Ten sukinsyn trafi za kraty. Załatwiliśmy mu pocałunek dementora za tydzień.
     Ron chciał najwidoczniej uchronić ją przed potencjalnym zagrożeniem ze strony arystokraty, ale nie rozumiał, że ona własnowolnie ukryła go we własnym mieszkaniu. 
     Hermiona złapała się za głowę.
     - Egzekucja... Już za tydzień?
     - Zawsze szanowałem u ciebie tą wrażliwość, Hermiono - Harry objął ją ramieniem. - Żałujesz nawet wroga, ale to musi się stać. Nie myśl o tym.
     Jego oczy błyszczały spod okularów. To wszystko działo się tak szybko. Jeszcze wczoraj nie miała żadnych pozytywnych myśli o ślizgonie. Wizja jego śmierci przerażała ją równie mocno, co pozytywne uczucie, które się w niej do niego zrodziło...
    ***

    Siedziała w biurze. Nie mogła się na niczym skupić. "Nie myśl o tym"- radził jej Harry, ale ona nie potrafiła go słuchać. Od kiedy Draco wstąpił butem w jej życie, jego los nie pozostał jej obojętny. To prawda. Draco miał wiele za uszami. Był śmierciożercom, pomógł zabić Dumbledore'a. Czy to wszystko klasyfikowało się na karę śmierci?
     Wyjęła z ust długopis, który gryzła od dłuższej chwili. Rozglądnęła się dookoła. Jej koledzy wykonywali powierzoną im pracę. Wszystko było takie ułożone, nieskalane. Setki kilometrów stąd, człowiek za murami więzienia czekał na ostateczną karę. Jak ludzie mogli żyć spokojnie z wiedzą, że inni umierają?
    Wstała, przez przypadek wylewając kawę na dokumenty. Nie mogła zwlekać. Nie mogła. Była mu winna chociażby wytłumaczenie. 
    Zabrała torebkę i zjechała windą, aż pod same biuro. Stanęła przed drzwiami zastępcy Ministra Magii - Felix'a Gordon'a. Musiała otrzymać pozwolenie na widzenie się z Draco w Azkabanie. Musiała z nim porozmawiać. Musiała go... uratować. Nie mogła go osądzić, tak jak inni to zrobili. Na jego nazwisku postawiono grubą, nieadekwatną kreskę. 
    Zapukała cicho, a gdy otrzymała pozwolenie, weszła do środka. Mężczyzna o ciemnej karnacji siedział za biurkiem i wypełniał stos dokumentów.
    - Witaj Hermiono, co cię do mnie sprowadza? - zapytał lekko, widząc jedną z pracownic u siebie w drzwiach.
    Usiadła przed nim na krześle.
    - Potrzebuję zgodę na widzenie w Azkabanie - powiedziała na szybkim wydechu.
   Mężczyzna otworzył szufladę i wyciągnął z niej blankiecik. Nie miał powodów by zgodzić się na wydanie formularza umożliwiającego spotkanie się z więźniem.
   - Do kogo? - zapytał, kiedy jego dłoń zatrzymała się na rubryce danych personalnych skazanego.
   - Dracona Malfoy'a.
    Felix spojrzał na nią zaskoczony i zmarszczył brew.
    - Po co chcesz widzieć się z tym łajdakiem? 
    Prostota, a za razem brutalność tej wypowiedzi zaskoczyła ją.
    - Jutro zostanie pocałowany przez dementora. Muszę z nim wyjaśnić pewną... kwestię - powiedziała, zaciskając ze zdenerwowania pięści.
    Mężczyzna o długich czarnych włosach odłożył pióro i oparł się na fotelu.
    - Przykro mi, ale nie mogę wyrazić na to zgody. Nie wydajemy oświadczeń związanych z widzeniem się ze skazanym, mniej niż tydzień przed egzekucją.
    Hermiona westchnęła głęboko.
    - Felixie, ja potrzebuję z nim porozmawiać. To moja jedyna okazja!
    - Przykro mi. Prawo to prawo. Zresztą Gdyby uciekł przez to w jakiś sposób, nie tylko ja miałbym problemy, ale całe Ministerstwo.
    Spojrzał na nią, jak na kogoś nieodpowiedzialnego. Współpracowała z Departamentem Przestrzegania Prawa. Dobrze znała zasady, jakie panowały w ich świecie.
    - Nie można nic z tym zrobić? - modliła się, aby uległ.
    - Nic.
    - Cholera - mruknęła pod nosem i wstała.
    Zaczęła przechadzać się nerwowo po gabinecie. Co mogła zrobić w tej sytuacji? Spojrzała na swoją torebkę. Wiedziała, że to nie moralne i nie przyzwoite, ale nic innego nie przychodziło jej na myśl. Wyciągnęła różdżkę. Przymknęła oczy. Powinna? Nie powinna?
   Wyobraziła sobie jak zimne, pełne kurzajek usta zbliżają się do ślizgona....
    - Przepraszam, Feliksie - powiedziała cicho. - Confundus.
    Mężczyzna gdyby nigdy nic, zaczął wypisywać potrzebną jej przepustkę. Hermiona przyglądała się temu z zażenowaniem. Czuła się okropnie. Wyrzuty sumienia paliły jej wnętrze, ale wiedziała, że to dopiero początek nieprawości, które miała dzisiaj popełnić.
    Wyrwała gotowe pismo z jego ręki i rzuciła zaklęcie zapomnienia, po czym bez zwłoki teleportowała się pod budynek Azkabanu. 
    Fala rozbijająca się o pobliskie skały dosięgła jej włosów i sukienki. Zamknęła oczy, w momencie, kiedy przerażający dreszcz przeszedł przez jej ciało.
     Zrobiła kilka kroków na przód, ale zatrzymała się. Miała świadomość, że przed wejściem do budynku zostanie jej odebrana torebka, wraz z różdżką. Stworzyła, więc fałszywy duplikat magicznego atrybutu, a prawdziwą schowała za pasek pończoch.
    Areszt był ogromny. Niezliczona ilość korytarzy i więziennych pomieszczeń sprawiały wrażenie prawdziwego labiryntu. Wzrok więźniów obserwujących każdy jej krok, przyprawiały ją o zawrót głowy. Nieprzyjemny uścisk żołądka towarzyszył jej przez całą wędrówkę w górę po schodach.
    Przed Hermioną i towarzyszącym jej strażnikiem stąpał świetlisty dromader - patronus, mający uchronić ich przed działaniem dementorów.
    Gryfonka czuła, że różdżka wyślizguje się spod gumki rajstop. Dyskretnym ruchem palca podciągnęła ją do przodu.
     Pomieszczenie odwiedzin było opustoszałe. Zdarte yaborety i zakurzone stoliki świadczyły o tym, że dawno tu nikogo nie było. Draco siedział na krześle wpatrzony w punkt gdzieś głęboko w ścianie. Gdy spostrzegł Hermionę nie ukrywał lekkiego zdziwienia.
     - Co ty tutaj robisz? - zapytał chłodno.
    Więzienny, szary strój podkreślał jego bladą cerę. Podkrążone oczy świadczyły o tym jak wiele złego wyrządziło na nim to miejsce. Hermiona zatrzymała się zbita z tropu, jednak usiadła stanowczo i przyjęła obojętny wyraz twarzy. Miała cel. Wyciągnięcie go z tego miejsca. Nie mogła wiecznie analizować jego zachowań w stosunku do niej.
     - Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać.
     Na ułamek sekundy jej wzrok poszybował w stronę stojącego przy drzwiach mężczyzny.
    - Neville Longbottom bierze ślub za miesiąc.
    Draco zmarszczył czoło. O co jej chodziło? Przyszła do tego miejsca specjalnie, by mu o tym powiedzieć? Nie zrozumiał jej aluzji.
    - Co? - zapytał półszeptem.
    - Neville ma różdżkę z bzu - powiedziała i próbowała mu przekazać wzrokiem cel tej wypowiedzi.
    Nie zrozumiał. Hermiona rozglądnęła się dookoła. Na stoliku była cienka warstwa kurzu. Napisała na niej słowo "Ja" i narysowała kreskę z gwiazdką. 
    Niespodziewanie mebel się zatrząsł, a wraz z nim lampa na suficie. Hermiona zmarszczyła czoło, Spojrzała na strażnika, który zignorował wstrząs. Pomyślała, że to może jakaś jedna z silniejszych fal, rozbijających się o podstawy budynku.
    Draco też to poczuł, ale za pewne doszedł do tych samych wniosków co gryfonka. Spojrzał jej głęboko w oczy. Uśmiechnęła się lekko. W jego źrenicach pojawiło się nagle światło. Uwierzył. Uwierzył, że nie musi skończyć swojego życia w tym parszywym miejscu. Hermiona dotknęła delikatnie jego ręki, spoczywającej na stole, aby dodać mu otuchy. Był zdziwiony, ale nie odepchnął jej. Zawdzięczał jej w tym momencie przecież tak wiele.
    Niespodziewanie do pokoju wbiegł drugi mężczyzna, lekko zdyszany i spanikowany. Draco i Hermiona odwrócili głowy w ich stronę.
    - Zaatakowano nas - powiedział szeptem, ale nie dość cicho, aby nie móc go usłyszeć. - Wysadzili ścianę na środkowych piętrach od północy.
    - Duże są zniszczenia? - zapytał drugi zaniepokojony.
    - Dopiero będziemy szacować, ale jest coś jeszcze - przełknął ślinę. - Woda w morzu się podwyższa. To za sprawą jakiegoś cholernego zaklęcia. Pod wodą jest całe podziemie E3. Tom, toniemy!
    Hermiona i Draco spojrzeli na siebie zaskoczeni.
    - Ale chyba wysłaliście już ludzi po posiłki do Londynu?
   - Nie możemy się teleportować. Pole deportacyjne zostało całe zalane - zagryzł wargę, zakłopotany.
   - Wiadomo już kto to zrobił?
   Mężczyzna posiniał, a jego ręce zaczęły się trząść.
   - Ludzie Sam-Wiesz-Kogo...
   Oczy strażnika, który przyprowadził Hermionę rozszerzyły się. Nie zważając na wypuszczonego Draco, oboje wybiegli.
    - Matko! - krzyknęła Hermiona i poderwała się do góry.
    - Śmierciożercy...- mruknął ślizgon. - To zemsta. Za mnie.
    - Nie masz takiej pewności - pokręciła głową.
    - Musieli się dowiedzieć o mojej egzekucji, Granger! To oni chcą ze mną skończyć.
    Jego głos drżał, a twarz wyrażała wyłącznie strach.
    Nastała krótka cisza.
    - O Boże, błagam powiedz, że to nie prawda... - wyraziła płaczliwym głosem kobieta.
    Wyciągnęła zza rajstopy różdżkę złamaną w pół. Musiała na niej przypadkowo usiąść. Posypały się z niej resztki iskier. Złapała się za włosy i zaczęła ciągnąć je  nerwowo.
    - Jesteśmy w pułapce... - przełknęła ślinę.
    - Tutaj muszą mieć jakieś zapasowe różdżki. Moglibyśmy stworzyć świstoklika.
    - Nic z tego. Na terenie więzienia nie działają świstokliki. Odwiedzający mogliby je dostarczać więźniom.
   Draco walnął pięścią w stół.
   - Granger, ty lepiej znasz rozkład tego budynku. Mimo wszystko potrzebujemy różdżki.
   Hermiona złapała się za policzek. Próbowała wyszukać, gdzieś w głowie, informacji dotyczących rozkładu pomieszczeń tego miejsca. Kiedyś była tutaj na wizji lokalnej, zaraz po tym jak jeden z więźniów próbował uciec. Usiłowała odtworzyć w pamięci poszczególne pomieszczenia.
   - Biuro jest na dole. Może tam coś znajdziemy.
   Draco skinął głową i wybiegli na korytarz, gdzie panowało istne zamieszanie.Syreny wyły głośno. Otwarto drzwi cel. Spanikowani czarodzieje biegali w różnych kierunkach szukając ratunku. Draco niespodziewanie złapał dłoń Hermiony, nie chcąc zgubić jej w tłumie.               Nigdzie nie było dementorów, powietrze nagle stało się rześkie i mniej przytłaczające.
    Zbiegli pośpiesznie po schodach, trącając ludzi. Liczyła się każda sekunda. Wielki zegar na murowanej ścianie wskazywał pół do szóstej, jednak na dworze za pewne było ciemno. Był listopad, księżyc wchodził na niebo zbyt wcześnie.
    Gdy byli w holu ich nogi wpadły w wodę. Była przerażająco lodowata.
    - Kurwa - zaklął ślizgon. - Gdzie jest to biuro?
    - W tamtą stronę - wskazała palcem w jeden z korytarzy.
    Drzwi zostały uchylone. Pokój był opustoszały, podłogę zalała woda sięgająca do łydek.
    - Ja sprawdzę szafę - zawołał ślizgon.
   Próbował otworzyć drzwi, ale były zamknięte na klucz. Sięgnął d jednej z półek i zabrał świecznik, aby wybić nim szybkę. Hermiona wyrwała szufladę z biurka i zaczęła ją gorączkowo przeszukiwać, jednak nic nie znalazła. Stos dokumentów unosił się na wodzie.
    - Masz coś? - zapytał.
    - Nic, a ty?
    - Też.
    Zdemolowali całe pomieszczenie, jednak nic nie znaleźli. Hermiona usiadła na biurku. Jakie mieli szanse na przeżycie bez wsparcia magii? Schowała twarz w dłonie, a na jej twarzy pojawiły się łzy. Miała dopiero dwadzieścia lat. Całe życie przed nią, a nagle to wszytko miało się skończyć i to w tak drastyczny sposób? Nie raz nocami śniła, że tonie. Brak było jej oddechu, woda wypełniała płuca. Budziła się w tedy zlana potem. Czy teraz ten koszmar miał się spełnić?
    Draco podszedł do niej, przedzierając się przez wodę, której z każdą sekundą było coraz więcej. Rzucił szufladą, która torowała mu drogę, gdzieś w kąt.
    - Przestań się mazać, Granger. Musi być jakiś sposób, żeby się stąd wydostać.
    Podniosła zamglony wzrok. Chciał jej udzielić choć gram optymizmu, mimo, że w jego oczach krył się lód.
    - Jak oceniasz nasze szanse, Malfoy? Nie mamy różdżki, nie damy rady się deportować. Zanim zjawi się pomoc mogą minąć godziny! Azkaban będzie pod wodą razem z naszymi ciałami!
    - To wszystko przez moją cholerną osobę! - założył rękę na bok i przetarł czoło.
    Po chwili oparł dłonie po obu jej stronach i spojrzał jej głęboko w oczy. Stal jego tęczówek była silna. Czuła wstyd z powodu, że poddała się wcześniej od niego. Kim był więc Draco Malfoy? Czy to wszystko co przeżył w jakiś sposób go zmieniły? Czy bojaźń zastąpił czymś kompletnie przeciwnym?
    Wytarła oczy. Czuła się jak małe dziecko, któremu odebrano lizaka. To  wszystko do niej kompletnie nie pasowało. Gdzie podziała się tamta gryfonka, która z zapartym tchem szukała horkruksów? Czy mogła się wyczerpać, jak tania bateria? Doświadczenie jakie zdobyła w cale nie chciało się w niej przypomnieć. Pragnęła być zwarta. Musiała zawalczyć. Przyszła tu ratować życie Malfoy'a. Teraz musiała do listy dopisać również swoje.
    - Nie rozumiem dlaczego chciałaś mnie stąd wyrwać - pokiwał głową.
   - Przepraszam, Draco. Przepraszam za to, że Harry zgotował ci ten los. To wszystko moja wina. Gdybym mu zabroniła, kazała milczeć nie spotkałoby nas to wszystko...
   Trzęsła się z nerwów, zimna, emocji. Tak wiele myśli kotłowało się w jej głowie. Chciała tak wiele mu powiedzieć, a za razem nie wiedziała co dokładnie. 
    - Należało mi się...
    - Nie prawda - zaprzeczyła stanowczo. - Wielu gorszych zwyrodnialców nie podzieliło tego, co na ciebie miało czekać już jutro. To wszystko przez to, że Harry jest szanowany i Ministerswo nie chciało stracić w jego oczach. Harry dużo inwestuje w jego przedsięwzięcia. Gdyby nie on, Ministerstwo popadłoby w długi. Jesteś ich ofiarą. To wszystko, jest bardziej skorumpowane niż myślisz. 
    Zrobiła pauzę.
   -Nie masz pojęcia, do czego byłam zmuszana. Te bankiety z zagranicznymi czarodziejami... Nie byłam żadną przedstawicielką ministerstwa. Służyłam im jedynie jako panna do towarzystwa. Tak minister chciał wkupić się w ich łaski, a ja? Co miałam zrobić? Jestem jedynie pracownicą, jest wiele innych na moje miejsce, które nie buntowały się na ten sposób wykonywania pracy...
    Schowała twarz w dłoniach. Draco spuścił wzrok. Pojął, że jest jedynie marionetką w rękach innych ludzi. Czuł wściekłość. Zrozumiał, że cała aura Golden Trio nie była taką sielanką jak myślał. Jako bohaterowie stali się idealnym produktem do sprzedaży. Brali z nich garściami nie fatygując się by oddać. Prychnął pod nosem.
    - A co na to Weasley? - podniósł brew.
    - Jemu odpowiadało to wszystko. Był otaczane przez piękne kobiety, nieświadomy, że to ulotne i chwilowe. Zawsze zmuszał mnie do tolerowania tego kim się stałam. Był pewny, że tak właśnie smakuje sława. Harry ignorował to. Cieszył się, że w końcu Ron ma swoje pięć minut i nie obwinia go za wszystkie życiowe niepowodzenia.
    - Nie jesteś zła - powiedział cicho.
    Dotknął jej palców, mocno ściskających blat biurka. Poczuła w tym miejscu lekkie mrowienie.
    Zrozumiał, że przybywając tutaj kierowała się wyrzutami sumienia, bo stał się jednym z pionków w grze, w której sama brała udział. Czy to był ten moment? Czy w obliczu zagrożenia śmiercią mógł wyjawić jej to wszystko, co zawsze mu w niej imponowało i zarazem doprowadzało do wściekłości i nienawiści? Spojrzał na jej dłoń, którą trzymał. Nie mógł pozwolić jej zginąć w tym miejscu. Musiał ją ratować, tak jak ona chciała ratować jego.
    - Idziemy - pociągnął ją za rękę. - Musimy znaleźć kogoś i zapytać się, czy organizują jakąkolwiek akcję ratunkową.
    Kiwnęła głową i zeskoczyła z biurka. Przedzierali się z ciężkością przez wodę do drzwi. Zamknęli je, kiedy tu weszli; nie spodziewali się, że gdy je otworzą, runą na nich hektolitry wody. Złapali się mocno klamki, nie chcąc porwać się nurtowi, który pchał ich z powrotem do środka. Draco podrzucił dziewczynę do góry i przycisnął bliżej siebie.
    - Złap się mojej ręki! Trzymaj się mocno!
    Zrobiła to co jej kazał i przymknęła oczy. Chwilę trwało, zanim sytuacja unormowała się i mogli iść dalej. Korytarz był zalany prawie pod sufit. Musieli płynąć.
    - Masz nie puszczać mojej dłoni. Choćby nie wiem co, Granger.
   Kiwnęła głową i splotła jego place ze swoimi. Zanim dotarli do schodów spożytkowali na to wiele wysiłku. Niespodziewanie Hermiona zatrzymała się w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą przypatrywała się ogromnemu zegarowi. Był zalany już do połowy. Czuła jak ironicznie odmierza ich czas...
    - Szybko, idziemy, Granger!
   Pierwszy poziom był opustoszały. Postanowili znaleźć kogoś, kto mógłby im pomóc. Hermionę przerażała myśl, że znajduje się w budynku z ludźmi, którzy objawili nie raz swoją nieobliczalną naturę. Mimo wszystko modliła się, aby kogoś takiego właśnie spotkać na swojej drodze.
    Błądzili i biegali, jednak nikogo nie znaleźli. Więźniowie musieli wyjść piętra wyżej.
   Panował półmrok. Płomień woskowych świec migał dynamicznie. Wiele z nich zgasło. Hermiona zatrzymała się i próbowała uspokoić oddech.
    - Nie mam siły - wydyszała i oparła się o ścianę.
    Draco założył ręce na biodra. On również był zmęczony. Płaszcz Hermiony wchłonął wodę, przez co ciążył jej na ramionach.
    - Skaleczyłaś się - powiedział, lekko dysząc.
   Wytarł strugę krwi z rany na cz0le.
    Biło od niego ciepło, tak zwykłe, ale przyjemne. Męski zapach owładnął jej zmysły. Nachylił się powoli, jakby nie chcąc jej spłoszyć. Spojrzała na jego usta, pełne, lekko różowe. Skarciła się za to, że w obliczu śmierci, swoje myśli kierowała właśnie w tą stronę. 
    To ciepło rozlewające się po jej ciele było dla niej dziwne. W końcu ciągle był Malfoy'em. Chęć poznania smaku jego ust, tak nieznajomych, kusił, by zaryzykować i w ich relacji posunąć się krok dalej.
    Niespodziewanie w przejściu naprzeciwko przebiegł jakiś mężczyzna, co ostudziło jej umysł. Draco rzucił się biegiem za nim.
    - Alex! - krzyknął.
    Mężczyzna zatrzymał się.
    - Draco? A ty jeszcze tutaj?
    Miał ciemną karnację i brunatne włosy. Na ramieniu widniała plama krwi, zapewne od jakiegoś głębszego skaleczenia.  
    - Organizują coś? Jakieś pontony? Jakiś ratunek? Cokolwiek? - zapytał ślizgon na jednym wydechu.
    - Non - pokręcił głową.Tym angielskim świniom jest na rękę, że tu wszyscy zdechniemy. Ignorante.
    Draco skinął głową. Te kilka słów wydało na nich wyrok. Oboje wpatrywali się jak Włoch znika za zakrętem. 
    - To koniec - mruknęła Hermiona i oparła się ponownie o ścianę. 
    Drżała. Ciężko oddychała. Była przerażona, tak samo jak i on. 
    - Nie mam pojęcia, czy przeżyjemy dzisiejszą noc, Granger...
    Zrobił krok w jej kierunku. Oparł rękę po lewej stronie jej twarzy. Serce podskoczyło do gardła, gdy nagle znalazł się tak blisko niej.
    -... ale uwierz, dołożę wszelkich starań żeby tak się nie skończyło. Wiszę ci to.
    Splótł jej palce ze swoimi. Serce Hermiony zaczęło bić szybciej. Nigdy nie doznała wcześniej czegoś podobnego w jego obecności. Czuła jak na jej policzki wkrada się rumieniec. Powoli położył rękę na jej talii i przyciągnął ją stanowczo do siebie. Drugą dłonią oplótł jej kark. Oddechy wymieszały się, wzrok skrzyżował. Trzymał ją tak, jakby za chwilę miała przesiać się przez jego palce, na kształt ziaren piasku. Zbliżył swoją twarz do jej ust, w obawie, czy może dokonać to, o czym już marzył od jakiegoś momentu. 
    Musnął jej usta delikatnie. Gdyodpowiedziała na pocałunek wpił się bardziej namiętnie. Wbił palec mocno w jej szyję. Jej ręce trzymały mocno jego barków. Ich usta złączyły się zachłannie w nierozerwalną pieczęć. Hermiona wplotła dłonie w jego włosy, pogłębiając pocałunek. 
    Oblicze tragedii, jaka ich spotkała. dodała im śmiałości w okazywaniu sobie sympatii.
    Popchnął ją na ścianę. Byli spragnieni swojej bliskości. Gdy zabrakło im tlenu, oderwali się od siebie, głęboko oddychając. Wpatrywali się wprost w swoje źrenice, zaskoczeni, że to wszystko potoczyło się w ten sposób. I choć wszystkie problemy zniknęły na ich wargach, nic nie mogło trwać wiecznie. Z każdą kolejną sekundą umierali. W sposób powolny i żałosny.
    - Co robimy? - zapytała, opierając dłonie o jego tors.
    - Musimy jak najdłużej utrzymać się w budynku. Musimy wspiąć się jak najwyżej i poczekać na pomoc.
   W jego głowie, jak echem odbijała się myśl, że to wszystko jego wina. To z z jego powodu śmierciożercy zaatakowali Azkaban i z jego powodu, kobieta, którą pokochał może zginąć. 
    Ich dłonie po raz kolejny mocno się ze sobą splotły. Pobiegli w stronę, w którą kierował się Włoch. Przeskakiwali co drugi stopień schodów, coraz głośniej słysząc krzyki, rozmowy i płacz ludzi. Draco, opiekuńczym gestem przyciągnął Hermione do siebie i objął ramieniem.
    Między tłumem utworzyło się pewne zgromadzenie. Hermiona wraz z Draco przecisnęli się na sam przód. Dwóch osiłków trzymało w powietrzu Alberta Hangsa - dyrektora Azkabanu. Miał widoczne ślady pobicia, był przerażony. 
    - Dlaczego nie chcecie nas ewakuować?! Dlaczego nie dajecie nam żadnych szans!
    - Powtarzam, że nie mamy środków. Nie przewidywaliśmy takich sytuacji...
    - Głupie pierdolenie! - krzyknął ktoś z tłumu.
    Mężczyzna otrzymał pięścią w twarz. Upadł na kolana. Wymierzana sprawiedliwość, odwróciła się przeciwko niemu. Draco przyglądał się temu bez emocjonalnie.
    - Powtarzam pytanie! Dlaczego...
    Niespodziewanie do korytarzu wkroczyli strażnicy, próbując zainterweniować strzelając w zgromadzenie z mugolskich broni palnych. Wszyscy zaczęli uciekać w popłochu.
   - Tędy! - zawołał Draco, mocno zaciskając jej dłoń.
   Biegli co tchu, zniżając głowy przed latającymi w powietrzu kulami. Natrafili na szyb z drabiną, prowadzący na poziom niżej. Draco szybko zszedł po szczeblach, po czym złapał Hermionę w talii i pomógł jej pokonać dzielący ją dystans z podłogą. 
    Znów wdepnęli w wodę. Schowali się za kolumną, oddychając głęboko. Poczekali chwilę. Zgubili pogoń.
    - Wiesz, gdzie jesteśmy? - zapytał, rozglądając się dookoła.
   - Nie mam pojęcia - pokiwała przecząco głową. 
   - Chodźmy tędy - wskazał kierunek palcem.
  Korytarz nie miał żadnych drzwi. Błądzili chwilę szukając jakiegokolwiek wyjścia. Dopiero na końcu holu znaleźli jedyne. Draco pociągnął mocno za klamkę, ale były zamknięte.
   - Kurwa! - krzyknął pod nosem i kopnął je.
   - Ciii! - Hermiona przyłożyła ucho do zimnego drewna.
   Nasłuchiwała przez moment ze skupioną twarzą.
   - Ktoś tam jest, Draco - zatłukła się dłonią. - Halo! Czy ktoś nas słyszy?! Otwórz, błagam! 
   Dobijali się najmocniej jak mogli. Niespodziewanie drzwi ustąpiły, wychylił się siwowłosy mężczyzna. Kiedy ich zobaczył, chciał zamknąć z powrotem, ale skutecznie uniemożliwiła mu to stopa ślizgona.
    Draco wepchnął do środka Hermionę. Znajdowali się w kuchni. Wielkie naczynia, świadczące o gotowaniu na masową skalę, unosiły się na wodzie. Starszy mężczyzna przeglądał półki i chował coś do kieszeni. Gryfonka puściła dłoń ślizgona i podeszła do emeryta.
    - Co pan tu robi? Dlaczego się pan nie ratuje?
    Spojrzał na nią oschle i pociągnął łyk z piersiówki.
     - Mam czas - przekrzywił się w niesmaku alkoholu. - Muszę się ubezpieczyć.
    Z jego kieszeni wystawały cenne przedmioty, stare monety i zegarek. Draco prychnął pod nosem.
    - Idziemy, Hermiona - pociągnął ją za łokieć. - Nie będziemy na niego patrzeć.
    Otworzyli drzwi do jadalni. Woda w tym miejscu sięgała do pasa.
    - Cholera - syknął  Draco, czując przerażające zimno rozlewające się po jego ciele.
   Stoły poruszały się na powierzchni w dziwnym, chwiejnym tańcu. 
   - Tam są schody! - ucieszył się Draco i wyskoczył z wody. - Szybko, woda sięga już prawie piersi - ponaglił ją.
    Gdy otworzyli drzwi, zastali nietypowy obraz. Na podłodze walało się pełno gruzu, a ściana była zdewastowana, z ogromną dziurą na środku. Morze falowało niespokojnie, a błyski piorunów zdobiły niebo. Kilku mężczyzn stało na krawędzi, pomiędzy budynkiem, a wodą. Dwóch z nich siedziało na drewnianej konstrukcji, wyglądającej na dos000///yć solidną. Z ich rozmów można było wywnioskować, że losują kto jeszcze uratuje się z tego piekielnego budynku.
    - Proszę, weźcie ją - Draco pchnął Hermionę do przodu.
   - Nie, Draco! - próbowała go zatrzymać, ale był nieugięty i ciągnął ją jeszcze mocniej.
   Mężczyźni spojrzeli na nią. Wyglądali na honorowych. Skontaktowali się między sobą i skinęli głowami. Wiedzieli, że uratowanie kobiety będzie najodpowiedniejszą i najbardziej moralną opcją.
    - Niech wsiada - powiedział jeden z nich.
    Szansa na przeżycie Hermiony stała się realna. Ta "szalupa" mogła ją ochronić. Dotrzymałby obietnicy, którą jej złożył. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Dziękował Bogu, że trafiła im się taka okazja.
     - Słyszysz, Hermiona! Wsiadaj! - krzyknął Malfoy.
     - Nie!
     Złapała się mocno za jego ramiona. Spojrzał z niezrozumieniem w jej oczy, jakby szukając czegoś. Zmarszczył czoło. Zaskoczyła go tą odpowiedzią. 
     - Masz szansę się uratować. Co jeszcze chcesz kwestionować? - pokręcił głową.
     - Nigdzie się bez ciebie nie ruszę - powiedziała stanowczo i złapała jego twarz w dłonie - Jesteśmy w tym gównie razem.
    - Masz szansę, Granger!
    - Ale ty jej nie masz!
     Westchnął głęboko. Nie widział powodu, aby z nią polemizować. Nigdy z nią nie wygrał i nigdy nie dawała za wygraną. Wpił się w jej usta. Objęła go mocno. Przybyła tutaj go uratować, nie miało być odwrotnie.
     - Poszukamy innego wyjścia - szepnęła.
    Kiwnął głową, ale było widać, że nie zgadzał się z nią. Nie wiedział co ma robić. Los wystawił mu pod nos szansę, a on nie mógł z niej skorzystać, ale na jej miejscu za pewne zrobiłby to samo. Złapał ją za dłoń i pobiegli wzdłuż następnego korytarza. 
    Mijali setki cel, w których zostały pozostałości po więźniach. Nic nie mogli wykorzystać jako ratunek. Nawet łózka, które utrzymałyby się na powierzchni wody, były wmurowane w ścianę. 
     Wspinali się w górę, ścigając się z wodą. Mijali dziesiątki ludzi tak samo zdezorientowanych jak oni. Chwytali każdego przedmiotu, który miał gęstość mniejszą niż woda i próbowali dryfować, ale temperatura i tak skazywała na ostateczność.
      Ich celem był dach budynku.Konkurencja jaka ich czekała była nie do przebycia. Wszyscy uciekali jak najwyżej, aby jak najdłużej pozostać z daleka od wody, która nieubłaganie zbliżała się coraz wyżej.
    Gdy zdyszani dotarli do ostatnich schodów dzielących ich od docelowego miejsca, kolejka była potężna. Draco cały czas pchał zmęczoną Hermionę na przód, ale i on nie miał już sił.
    - Musimy się przepychać - Draco z zaniepokojeniem obserwował sytuację.
    Dach nie był nieskończony. Część z nich w ogóle do niego nie dotrze. Zaczęli więc przechodzenie przez tłum. Więźniowie byli niezadowoleni z ich zachowania. Wołali w ich stronę, upominając się, ale w głowie Draco był tylko jeden cel - Hermiona. 
     Znalazł się jednak jeden ze śmiałków, który postanowił zareagować. Niespodziewanie popchnął Malfoy'a, który przez przypadek potrącił Hermionę. Gryfonka upadła z łoskotem na stopień. Draco pośpiesznie pomógł jej wstać.
    - Bierz siebie i swoją sukę na koniec kolejki! - burknął.
    Blondyn rzucił się na mężczyznę.
     - Draco, zostaw go! - zawołała Hermiona i odciągnęła wściekłego ślizona.
     Nie potrzebowali więcej problemów, już teraz mieli ich nad stan. Malfoy odwrócił się w stronę brązowowłosej i złożył czuły pocałunek na jej czole. 
     W momencie, kiedy otwarła powieki ujrzała stal - oczu Draco i noża, który trzymał w ręku więzień. Później słyszała swój krzyk, widziała tylko krew. Draco osunął się po barierce.
     Adrenalina podskoczyła w żyłach Hermiony. Wyrwała nóż z dłoni mężczyzny i puściła go na podłogę, po czym uderzyła nieznajomego pięścią w twarz. 
     Podbiegła z powrotem do Draco, który trzymał się za ranę na brzuchu. Uklękła przed nim i pogłaskała go po włosach.
     - Błagam powiedz, że nic ci nie jest - powiedziała przez łzy które niespodziewanie spłynęły po jej policzkach.
    - Nic mi nie jest - wysyczał i próbował się uśmiechnąć.
    Hermiona urwała kawałek sukienki i zrobiła z niej prowizoryczny opatrunek.
    - Dach. Już nie daleko. Damy radę tyle przejść. Poczekamy na pomoc i wrócimy do domu - powiedziała, pomagając mu wstać.
    Cały ciężar jego ciała spadł na jej plecy. Próbowała stłumić jęk, jaki temu towarzyszył. Wolnym ruchem powlekli się po schodach, trafiając na upragnione pokrycie. Otwarła drzwi, a zimne powietrze owiało jej twarz. Pomogła usiąść Draco i oparła go o ścianę.
    - Jesteśmy - szepnęła do jego ucha, a on pokiwał głową.
    Cierpiał, widziała to w jego twarzy. Modliła się, aby pomoc przybyła jak najszybciej. Byli już tak blisko...
     Wtuliła się w jego klatkę i wsłuchiwała się w jęki innych uwięzionych. Woda szumiała głośno. Burza na szczęście nie była tak gwałtowna jak wcześniej. Było przeraźliwie zimno. Zaczęła się trząść, spojrzała na Draco. Przymykał oczy. On również drżał.
     - Udało się, żyjemy - podniosła jego dłoń i ucałowała ją.
    Próbowała ignorować fakt, że byli mokrzy od jego krwi.
     - Wytrzymaj. Błagam cię - złapała jego twarz w dłonie.
    - Wytrzymam - powiedział cicho i na chwilę zamilkł. - Kocham cię, Hermiono.
     - Ja ciebie też - miała zamglone oczy. - Ale nie mówię to jako pożegnanie, ale zapowiedź naszej przyszłości.
      Pocałowała go w usta. Nie wiedziała, czy zadaje mu tym ból, lub dodatkowe męki, ale oboje tego potrzebowali. Hermiona zdjęła swój płaszcz i przykryła go.
     - Weź go - jego głos był przerywany przez dreszcze.
    - Dam radę - uśmiechnęła się.
     Po raz kolejny wtuliła się w jego klatkę. Nie wiedziała ile czekała. Ile raz zmówiła "Ojcze Nasz". Z każdą chwilą robiło się coraz ciszej, a niebo ukazywało nowe konstelacje gwiazd. Zasypiała. Powieki robiły się coraz cięższe, ale próbowała z tym walczyć.
     Szum wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała w stronę uchylonych drzwi. Woda zaczęła wślizgiwać się na połacie dachu. Hermiona podniosła się. Dotknęła policzka. Miała na nim krew. Spojrzała na Draco. Spał. Potrząsnęła jego ramionami.
     - Draco, wstawaj. Woda. Musimy coś zrobić...
    Nie odpowiadał.
    - Draco! 
    Nic.
     Odkryła płaszcz. Wokół niego było pełno krwi.
     - Nie! 
       Obiecałeś! 
       Mieliśmy wrócić do domu. 
        Razem! 
        Draco! 
       Obudź się!
     Szlochała głośno. Umarł. Po prostu umarł. Pogłaskała jego złociste włosy i złożyła na jego policzku pocałunek. Chciała się na niego napatrzeć. Zapamiętać każdy szczegół jego twarzy. Pieprzyk na twarzy, długie rzęsy, lekkie piegi. Nie chciała się z tym rozstawać... Dopiero się do tego przywiązała. Dotknęła jego smukłych dłoni, długich palców. 
    - Butelka wina wypita z tobą, była moją najlepszą - szepnęła i wstała.
     Rozglądnęła się dookoła. Nikt nie żył. Więźniowie siedzieli pogrążeni w wiecznym śnie. Zamarzli... 
    Jej też to za chwilę miało grozić. Przeraziła się tej wizji. Ubrała zakrwawiony płaszcz, którym przykryła Draco. Woda sięgała do kostek. Panikowała. Otworzyła drzwi. Wszystko było zalane. Zamknęła je i oparła się na nich. Próbowała coś wymyślić, ale nie miała kompletnie pomysłów. 
     Odwróciła się. Drzwi. Były dosyć szerokie. Bez problemu mogła się na nich schronić. Wyciągnęła je z zawiasów. Położyła się na nich i odpłynęła kawałek. 
     Obserwowała jak martwe ciała przykrywa warstwa wody, w tym jego ciało... Przewróciła się na plecy i czekała. Albo na pomoc, albo na cud.
    Zatraciła poczucie czasu. W ciszy oceanu nie można było odliczyć minut, ani sekund. Jak przez mgłę widziała światła helikopterów, drabinę. Później nieprzeniknioną czerń.

    ***
    
    Hermiona siedziała na krześle i gryzła nerwowo długopis. Pod jej nogami leżały spakowane kartony. Postanowiła zwolnić się z wysokiej posady w Departamencie Przestrzegania Prawa. Nie widziała przyszłości na tym stanowisku, a przynajmniej nie taką jaką chciała widzieć.
    Wstała leniwym krokiem i ściągnęła niewygodne szpilki. Położyła je na szczycie stosu swoich rzeczy i ubrała wygodne baleriny. Pakunkami miał zająć się jej asystent. Za niedługo już "były".
    Zgasiła lampkę na biurku i zabrała torebkę. Przed ministerstwem czekał na nią Harry, którego poprosiła o odbiór. Nie czuła się na siłach, aby się teleportować, a po osiemnastej kominki były zamknięte, by móc skorzystać z proszku Fiuu.
    Czerwony SUV czekał, aż do niego wejdzie. Otwarła drzwi i usadowiła się na miejscu obok Harry'ego.
    - Molly zaprasza nas na kolację - powiedział Potter, wkładając kluczyki do stacyjki.
    - Nie mam nastroju - stwierdziła leniwie Hermiona.
    - To może pojedziemy do mnie do domu i zjemy coś słodkiego?
    Hermiona uśmiechnęła się pod nosem.     
    - Wiesz, że unikam słodyczy.
    - To może wino?- podniósł brew. 
    Odwróciła się zainteresowana.
    - Masz może English Rose, Chapel Down? - zapytała z nadzieją na odpowiedź twierdząca.
    - Nie, ale zwykłe się nie nada? - teatralnie udał zakłopotanie.
    Hermiona uśmiechnęła się na widok jego śmiesznej miny.
    - Nada się.



The End


https://www.tumblr.com/search/dramione-au




****


Witam!
Otóż jestem z nową propozycją na miniaturkę.
jest trochę dłuższa niż inne.
Eh... Nie wiem jak Wasze emocje, ale moje jeszcze nie opadły. 
 Inspiracja na miniaturkę przyszła po oglądnięciu Titanica, do którego za pewne odnaleźliście podobieństwa. :)
Mam nadzieję, że taki nietypowy pomysł przypadnie Wam do gustu i , że wasze dłonie będą drżały tak samo jak mi podczas pisania.
Miłego weekendu!

Samara Marble

   

poniedziałek, 23 października 2017

Potwór - miniaturka



   Budząc się rano, pierwszą myślą w jej głowie była " poczta". Mimo, że miała dwadzieścia siedem lat, postanowiła iść na studia. Na nic przecież nie jest za późno, stwierdziła pewnego dnia pijąc świeżo zaparzoną kawę. Zerwała się z łóżka, budząc przy tym Tom'a. Ubrała szlafrok i swoje ulubione pantofle w grochy i potykając się o własne nogi, zbiegła na dół.
   - Mamo, kiedy śniadanie? - odezwała się mała Kate zza stołu.
   - Zróbcie sobie z John'em sami - krzyknęła uśmiechnięta, zanim znalazła się na podwórku.
   Z drżącymi rękami znalazła w wielkim pęku odpowiedni klucz i otwarła skrzynkę. W środku znajdowało się kilka białych kopert. Hermiona weszła z powrotem do domu, jednocześnie szukając upragnionego listu. Zamiast zaproszenia na uczelnie znalazła kilka rachunków oraz jakiś porwany świstek. Już miała go zmiąć i wyrzucić, kiedy jej wzrok przykuł jeden nietypowy szczegół - złoty atrament.
   - Co tam masz? - Thomas zszedł ze schodów, przyglądając się jej dokładnie.
   Uśmiechał się, jak co rano.
   - Nic takiego. Jakieś pokwitowanie - skłamała.
   - Masz list z Harvardu, mamo? - zapytał John, smarując kanapki.
   - Nie, nie dzisiaj, kochanie - poczochrała jego włosy - I zostaw tą czekoladę. Jesz jej za dużo!
   Usiadła przy stole. Ukradkiem wyciągnęła ponownie liścik. Był zmięty, wyglądał jak świstek, zwykły śmieć. Złoty tusz był charakterystyczny tylko dla jednej znanej jej osoby, więc nietypowa forma w jakiej dostała korespondencje, zaskoczyła ją.

   Cześć, Hermiona. 
   Wszystko co słyszałaś i pamiętasz od dziesięciu lat to nie prawda.
   Twój mąż nie jest tym kim myślisz.
   Nie masz prawdziwych dzieci.
  Hermiona musisz mi uwierzyć.
  Żyjesz pod jednym dachem z potworem
  Przyjedź do mnie, proszę.
                                                   Harry


   Hermiona zaśmiała się pod nosem i schowała kartkę do kieszeni szlafroka. Spojrzała na swoje pociechy. Jakim sposobem mogły nie być prawdziwe? Spłodziła je razem ze swoim mężem, urodziła. Ten list musiał być jakimś jednym wielkim żartem. Dlaczego Harry może dochodzić do wniosku, że coś w jej życiu jest nie tak? I dlaczego nie zadzwonił do niej, ani nie powiedział jej tego wszystkiego prosto w twarz?
   Coś jednak musiało być w tym przekazie, bo dwa dni później, brązowowłosa teleportowała się do Anglii. Bardzo długo nie widziała się ze swoimi przyjaciółmi. Obawiała się tego spotkania.
    Harry siedział w Norze razem z resztą rodziny Weasley'ów. Studiował jakąś mapę. Nikt nie podskoczył na jej widok, nawet się z nią nie przywitał. Poprosili by z nimi usiadła i wzięła bardzo głęboki oddech.
    Zaskoczyło ją to powitanie, ale wykonała o co ją proszono.
   - Co miała oznaczać ta kartka? To jakiś żart, prawda? - uśmiechnęła się, oglądając swoje paznokcie.
   - Wszystko napisałem tuszem, który tylko ty możesz zobaczyć. Nie mogliśmy się narażać, bo... Hermiono, Voldemort opanował twój umysł - Harry ściągnął okulary i przetarł oczy.
   - Co? - zaczęła się śmiać. - Dzisiaj pierwszy kwietnia, tak? Wrabiacie mnie? Dobre, serio. Ale trochę takie naciągane, skoro Voldemort nie żyje. Może jakiś śmierciożerca... Tak! To byłoby bardziej realistyczne, nie sądzicie? Tylko po co musiałam przybyć, aż tutaj, żeby wysłuchać waszego dobrego humoru?
   - Hermiona, to nie jest żart - powiedział pan Weasley śmiertelnie poważnie.
   - Voldemort żyje, ma się dobrze i od dziesięciu lat za jego sprawą ktoś mąci ci w głowie - Bill Weasley zacisnął rękę.
  - To znaczy? - brązowowłosa wzięła proszony głęboki oddech.
   - Kiedy Harry żółcił zaklęcie uśmiercające, jego dusza została rozerwana po raz kolejny. Wniknęła w umysł pierwszej napotkanej istoty.
   - I to byłam niby ja? - podniosła brew.
   - Tak, złotko - pani Weasley otarła czoło z potu.
   - To nie możliwe. Przecież byłam w tedy na dziedzińcu... Ale - zmrużyła oczy.
   Przypomniała sobie moment, kiedy pojedynkowała się z jednym z śmierciożerców i poczuła się bardzo słabo. Schowała się za kolumnę, unikając zielonego promienia. Myślała przez ten cały czas, że to ze zmęczenia.
   - Wiem, że możesz być w szoku - Harry zabrał głos. - Ale to prawda. Żyjesz w złudzeniu. Voldemort wykorzystał fakt, że jest w twoim umyśle i cię wykorzystał. Zdobył o nas wszystkich informacje. Przez dziesięć lat odradzał się i tworzył nowe szyki. Dowiedzieliśmy się, że ukrywa się na Syberii.
   - A co mają wspólnego z tym wszystkim moje dzieci i mąż? - założyła ręce.
   Nie do końca wierzyła w tą całą teorię. To było nie możliwe. Dla niej Voldemort umarł i tyle.
   Harry spojrzał na Ginny i wziął głęboki oddech.
   - Voldemort zatrudnił śmierciożercę. Miał żyć z tobą i manipulować twoimi wspomnieniami.
   - Co to oznacza? - pokręciła z niezrozumieniem głową.
   Jej ręce zaczęły dygotać. A co jeśli to prawda? Jeśli jedno zdanie zmieni jej życie na zawsze?
   - Twój mąż nie nazywa się Thomas Andrew i nie wygląda tak jak myślisz. Nie masz dzieci, a są one wytworem twojej wyobraźni, Hermiono. To ten śmierciożerca tworzy sytuacje i sprawia, że myślisz, że dzieją się. Od dziesięciu lat.
   Niespodziewanie w jej głowie pojawił się cytat z książki o Czarnej Magii. Oklumencja wnikliwa. Coś takiego na prawdę istniało.
   - To niemożliwe! Ja urodziłam swoje dzieci! Ja to czułam, jak nosiłam je na rękach, kiedy płakały. To nie mogło być złudzeniem!
   - Uspokój się, Hermiona - Ginny złapała ją za rękę. - To prawda. Reaktywowaliśmy Zakon Feniksa. Posłuchaj...
   Pomogła jej usiąść z powrotem.
   - Musisz udawać. Że dalej jest tak jak jest. Że widzisz swoje dzieci. Że Malfoy wygląda jak Thom.
   - Kto!? - wystrzeliła w górę.
   - Draco Malfoy. To on jest tym skurwielem, który cię omotał! - Ron poczerwieniał ze złości.
   - Wyrażaj się, synu !
   - Usiądź, Molly. To nie czas na lekcje etykiety - Artur zabrał z jej rąk ścierkę, którą tak mocno ściskała.
   - Ja nie wierzę, ja... - Hermiona łkała.
   Nie mogła wytrzymać tego natłoku informacji. Wybiegła z kuchni i wspięła się po schodach. Zamknęła się na poddaszu, gdzie kiedyś mieszkał stary ghul. Jej życie przestało mieć sens. Dzieci, mąż. To był jej cały świat. Patrzyła jak co dzień bawią się w ogrodzie, jak Kate uczy się gry na pianinie, a John biega z Thom'em za piłką. To wszystko dzięki czemu żyła osunęło jej się spod nóg. Już wiedziała, dlaczego Thom uparł się na to, aby rodziła dzieci w domu. Jak wyglądałby były śmierciożerca z kobietą, która udaje, że rodzi? To wszystko zaczęło układać się w całość. Dlaczego jej mąż nie chciał rodzinnych zdjęć, ani wyjazdów do Anglii. Dlaczego zamieszkali w Los Angeles i  dlaczego do cholery dzieci nigdy poważnie nie chorowały!
   To wszystko było jak sen. Chciał się obudzić w ramionach męża, z pociechami przy boku i żyć długo i szczęśliwie! Och, jaką musiała być idiotką, rozmawiając do ściany w czasie kiedy Draco przyglądał się temu z boku. I z kim ona spała?! Czy Malfoy miał satysfakcję z tego, że umierała z rozkoszy tyle razy, myśląc, że uprawia seks ze swoim mężem? Trzydziestoletnim Thomas'em Andrew, pochodzącego z Walii i chodzącego dziesięć lat temu do Durmstrangu. Jej łzy były tak słone, że bała się o stan swoich oczu. Harry usiadł obok niej, razem z Ronem i jak psa pogłaskano ją po plecach.
   - Mamy zaklęcie, żeby wyrzucić z twojego umysłu duszę Voldemorta - Harry mówił bardzo łagodnie, ale rzeczowo. - Nie, nie jesteś horkruksem, ale to bardzo czarna magia. Nie wniknął w ciebie, ale w twój umysł. Był za słaby, żeby zaczepić się o duszę. Czarny Pan tego nawet nie poczuje. Musisz uważać, Miona. Udawaj przed Malfoy'em, że wszystko jest w porządku, dobrze? Wiem, że to będzie trudne, ale musisz nam pomóc. Nawet jeśli, widząc Malfoy'a miałabyś ochotę skwasić mu mordę, okey?
   Pokiwała głową i wytarła dłonią twarz.
   - Wyciągnijcie ze mnie tego potwora. Już! - krzyknęła, a jej głos rozniósł się echem po ścianach starej Nory.

   ***

   Deszcz bębnił w rynny, a błyski wyładowań na niebie rozświetlały całe miasto. Hermiona nie rozpoznawała swojego domu. Było w nim cicho i ponuro. Dopiero skrzypienie podłogi wyrwało ją z zamyślenia i spojrzała na mężczyznę przed nią.
   Zmienił się od kiedy widziała go w Hogwarcie. Był wyższy, bardziej umięśniony, a jego twarz charakteryzowały mocniejsze rysy. Nadal był przystojny, jednak w niczym nie przypominał Tom'a - jej męża.
   - Nie przywitasz się z dziećmi? - zapytał, a jego głos w niczym nie przypominał spokojnego i ciepłego głosu jej męża.
   - Nie było mnie zaledwie kilka godzin - z opanowaniem ruszyła w stronę kuchni, aby zrobić sobie kawę. - Napijesz się kawy?
   -  Nie, dobrze wiesz, że jej nie znoszę - powiedział Malfoy, stając obok niej.
   - Przypominasz mi mojego znajomego z Hogwartu - powiedziała, wprowadzając go w grę.
   - Kogo? - zapytał tajemniczo i zmarszczył czoło.
   - Miał na imię Draco, na pewno nie kojarzysz. Też nie cierpiał kawy - powiedziała z promiennym uśmiechem.
   Zmrużył oczy.
   - Powiedz mi lepiej, gdzie byłaś i po co?
   - Musiałam załatwić kilka spraw na mieście. Biurokracja związana z pracą - upiła łyk kawy. - Idę do sypialni. Niech nikt nie zawraca mi głowy. Źle się czuję.
   Gdy zeszła z linii jego spojrzenia, pobiegła najszybciej jak mogła i zamknęła się w pomieszczeniu.
   Dziwnie czuła się z ciszą jaka otaczała ją na co dzień. Gdy nie chodziła do pracy, siedziała w sypialni. Udawała, że bawi się z dziećmi w kalambury i że uczy Kate gry na pianinie. Życie z Malfoy'em było trudne. Brzydziła się nim. Nie kochała się z nim już od dwóch tygodni. Ciągle znikała i udawała się do Londynu. Tam planowała z Zakonem dalsze kroki.
   Pewnej nocy leżeli w łóżku. Znowu była ulewa i okropna burza. Miasto Aniołów tonęło w hektolitrach wody już od tygodnia. Wiatr dudniał w futryny okien. Wydano ostrzeżenia powodziowe w rejonie, w którym mieszkała.
   Hermiona odpoczywała na krańcu łóżka, wolała spaść niż dotknąć choć milimetra skóry znienawidzonego przez nią śmierciożercy. Niespodziewanie przewrócił się na plecy i zabrał głos. Lekko zachrypnięty przez dłuższe milczenie.
    - Nie uśmiechasz się, odrzóciłaś studia na Harvardzie, nie bawisz się tak często z dziećmi jak kiedyś, unikasz ich. Nie uprawiamy seksu.
   - Mam kryzys - powiedziała, bawiąc się kablem od lampki nocnej.
    - Nie odzywasz się, jeśli nie spytam, a na dodatek znalazłem to - pomachał jej przed nosem świstkiem. - Myślisz, że nie umiem odkryć co napisane jest tandetnym piórem ze sklepu Weasley'ów, Granger?
    Hermiona chciała wstać z łóżka. Żółciła lampkę nocną w jego stronę,  jednak Draco pociągnął ją za rękę i nie pozwolił uciec. Wziął najbliższą poduszkę i zaczął ją dusić. Hermiona złapała go za włosy i pociągła go, puścił. Wybiegła z sypialni, jednak, chwycił ją za nogę tak mocno, że z łoskotem spadła ze schodów. Nie miała zamiaru się poddać. Ten potwór mógł ją przecież zabić. Zaczęli się terlikać po podłodze, okładając się pięściami. W końcu wyswobodziła się z pod niego i ledwo widząc wymacała koło kuchenki klucze od auta. Nie miała sił na teleportacje. Chciała skończyć w jednym kawałku, więc pobiegła do drzwi tak szybko na ile mogła.
   Lało jak z cebra. Widoczność ograniczała się do kilkunastu metrów, mimo to auta snuły przez mgłę po drodze. W panice znalazła kluczyk i z drżącą ręką wsunęła go do zamka. Kiedy chciała otwierać drzwi, ktoś zatrzasnął je mocno i przygwoździł ją do nich.
   - Nie uciekniesz, tak szybko! - krzyknął.
   - Przez dziesięć lat robiłeś ze mnie idiotkę! - mówiąc to próbowała go uderzyć, ale ubiegł jej ruch i popchnął ją do auta jeszcze mocniej.
   Rzucił nią z całych sił na na maskę. Uderzyła głową  mocno w szybę. Jęknęła pod nosem. Byli cali mokrzy. Jak na złość nikt nie przechodził chodnikiem, nie stał w oknie. Jedynie towarzyszył im błysk piorunów na zachmurzonym niebie.
   - Nawet nie wiesz jak trudno było patrzeć na ciebie przez tyle czasu - powiedział nienawistnie.
   Miał rozcięte czoło.
   - Nienawidzę cię z całego serca, Malfoy! Odebrałeś mi wszystko co sprawiało, że chce mi się żyć.
  Hermiona oblizała rozciętą wargę. Jej potargane włosy skleiły się w strąki, a kość podbrótka promieniowała boleśnie.
   Draco spojrzał prosto w jej oczy. Przygniatał ją całym ciałem, wierciła się na wszystkie możliwe strony. Ręce trzymał nad jej głową, nie chcąc doprowadzić do ich uwolnienia.
   - Jak mogłeś to robić? Nawet nie wiesz jak bardzo kochałam swoje dzieci. Budziłam się codziennie dla nich i podporządkowałam im całe swoje życie, a ty? Przyglądałeś się mi jak rozmawiałam do nikogo! Bawiło cię to?!
   - Czasami nawet bardzo - jego oczy świeciły czymś niebezpiecznym i nieugiętym.
   - Rżnąłeś mnie bez mrugnięcia okiem, jak tanią dziwkę!
   - Nawet nie wiesz jak bardzo jesteś w tym dobra, Granger! Choć nie raz musiałem korzystać gdzieś indziej.
   Wyswobodziła rękę i zdzieliła go prosto w twarz. Jak mógł coś takiego mówić? Szarpnął ją mocno. Chciało jej się płakać. Została sama, poniżona i obolała. Splunęła mu prosto w twarz. Myślała, że chce ją zdzielić, ale wytarł twarz i niespodziewanie wpił się brutalnie w jej usta. Zaczęli się cofać z powrotem do domu, zostawiając drzwi otwarte na oścież. Mimo wszystko byli małżeństwem. Jakby to nie było, mówili sobie tak. Nienawidziła go z całych sił, ale potrzebowała odreagowania. To dziwne, że znalazła je właśnie w jego ramionach.
 
   ***

   Hermiona obudziła się i odwróciła na bok. Spojrzała przez okno na zachmurzone Los Angeles. Bolała ją głowa. Czuła, że nabiła sobie guza. Chciała podrapać się po nodze, ale połamane paznokcie szarpały jej ciało. Nie było Malfoy'a. Może i dobrze. Nie miała ochoty na niego patrzeć.
   Wyszła z sypialni i zeszła do kuchni. Nie było żadnej kartki, śniadania. Nawet na to nie liczyła. Sprawdziła drzwi - zamknięte. Czego innego mogła się spodziewać? Otworzyła lodówkę. W środku było jajko, pół butelki mleka, zwiędnięta marchewka i trzy pomarańcze. Zamknęła ją zawiedziona i usiadła na krześle. Zwolniła się z pracy, nie miała się gdzie podziać. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego, że nie smaruje kanapek dla Johna i nie smaży ulubionych naleśników Kate.
    Niespodziewanie huk oderwał ją od zamyślenia. Wstała poddenerwowana i spojrzała przez okno. Czarne smugi przecinały ciemne niebo. Śmierciożercy. Żółciła się do drzwi, ale przypomniała sobie, że są zamknięte. Sprawdziła okna - pozamykane. Próbowała się teleportować, ale bariera została zarzucona na jej posiadłość. Przeklęła pod nosem. Była w pułapce. Malfoy chciał ją uwięzić i oddać w ręce wroga. Nie miała zamiaru się łatwo poddać. Zabrała różdżkę i schowała się pod schodami. 
    Słyszała jak ktoś wybija okna. Zaczerpnęła głęboki oddech. Stukot kilku par stóp, sprawił, że na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Wzięła się w garść i wychyliła głowę zza schodów.
   - Expulso! - rzuciła w stronę  wysokich postaci i przeterlikała się za ścianę zanim trafił ją zielony promień.
   Wiedzieli gdzie jest. Zerknęła w stronę salonu. Było ich pięciu. Rzuciła petryficus totalus, obserwując jak upadają kolejne dwie postacie w pelerynach. Wybiegła po schodach, mijając kolejne zaklęcia wycelowane wprost w jej stronę. Zamknęła się w łazience i położyła się na ziemi, żeby obserwować sytuację przez kratkę na dole w drzwiach. Kiedy ujrzała ciemne buty, wsunęła koniec różdżki w szparę i szepnęła kolejną drentwotę. Wyszła z łazienki i wskoczyła na barana swojego wroga. Uderzyła go mocno w głowę. Upadli oboje na podłogę. Zerknęła na mężczyznę. Był nieprzytomny. Została ostatnia osoba. Nie było jej na piętrze. Zbiegła po cichu na dół i schowała się po raz kolejny za ścianą. Za blatem kuchennym ujrzała wroga. Wyszła tej osobie na przeciw.
   -Rzuć różdżkę! - warknęła, mocno ściskając swój magiczny atrybut.
   Śmierciożerca ściągnął maskę. Jasne blond włosy roztrzepały się, kiedy kaptur spadł z głowy. To był Dracon.
   - Ty skurwysynie, zamknąłeś mnie w domu i wysłałeś na śmierć!
   - To nie prawda - pokiwał przecząco głową. - Nie chciałem żebyś uciekła i zesłała na nas obu kłopoty. Byłem wczoraj w nocy w zamku...
   - W dupie mam twoje tłumaczenia, śmieciu! Pertryficus totalus!
   Malfoy zablokował zaklęcie.
   - Wysłuchaj mnie do cholery!
   - Drętwota!
   Nie miała ochoty słuchać czegokolwiek z jego ust. Nie mogła mu ufać. Malfoy schylił głowę i ze wściekłą miną wziął głęboki oddech. Stalowe oczy zwężyły się jak u gada.
   - Expulso! - krzyknął.
   Hermiona odskoczyła i wysłała w jego stronę Bombardę.
   - Granger stój, Czarny Pan się wszystkiego domyślił, bo...
   - Avada Kedavra! - warknęła, a zielony promień świsnął gdzieś ponad jego głową.
   - Posłuchaj mnie! - popchnął ją na ścianę.
   Przyjrzała się dokładnie jego twarzy. Obok oka widniało lekkie zaczerwienienie w kształcie jej paznokci. To zapewne rany po wczorajszych przepychankach. Złapał jej twarz w dłonie.
   - Domyślił się, rozumiesz?! Chcieli cię dzisiaj porwać! Zaatakowali waszą bazę w Londynie. Musisz uciekać, schronić się, rozumiesz?! - szarpał ją za ramiona.
   - A ty? Co z tobą? - czuła jak krew ze zranionej poprzedniego wieczora wargi znów sączy się po jej twarzy.
   - Nikt postronny o nas nie wie i tak ma zostać, rozumiesz? - wytarł strugę z jej brody.
   Wyszarpała się z jego uścisku.
   - Jak zawsze jesteś tchórzem! Dbasz tylko o swoje bezpieczeństwo! Mam być cicho żebyś mógł w spokoju żyć, tak!?
   - Zrozum kurwa wreszcie, że to właśnie twój pieprzony tyłek się tu liczy!  CICHO! - uprzedził ją, gdy próbowała coś powiedzieć. - Wysłuchaj mnie! Wasza nowa baza jest w mugolskim Londynie. Znajdź ich i więcej się tu nie pojawiaj!
   Patrzyła na niego niezdecydowana.
    - Już! Teleportuj się!
   Skierowała się w stronę dworu, gdzie mogła znaleźć pole deportacyjne, jednak nie chciała odejść bez słowa. Wróciła się  i pobiegła w stronę, gdzie zostawiła Draco. Wpiła się mocno w jego usta, chcąc pochłonąć go w całości. Odnalazła dłońmi jego ramiona i uchwyciła się ich jak kotwicy. Młody Malfoy ścisnął ją tak jakby miała za chwilę się rozpaść.
   - Masz mi to oddać - chciała mu wręczyć złotą obrączkę, bliźniaczka tej na palcu arystokraty, ale po chwili postawiła na wisiorek na jej szyi, dwie litery - "K" i "J" - inicjały ich nieprawdziwych dzieci. - Dalej jest dla mnie ważny. Mimo wszystko.
   Przewrócił go w palcach i spojrzał na nią jak nigdy przedtem. Pokiwał bez słowa głową i odprowadził ją wzrokiem, aż rozpłynęła się w powietrzu.
 
   ***

   Wylądowała niedaleko stacji King's Cross. Nie wiedziała co ma robić. Malfoy powiedział, że ich baza jest gdzieś w Londynie. Londyn jest przecież tak ogromny! Postanowiła udać się do Dziurawego Kotła i stamtąd skontaktować się z Harry'm.
   Weszła do środka pubu. Łysy barman spojrzał na nią kontem oka. Kobieta pożyczyła się od jakieś czarownicy gumki i związała swoje długie poczochrane włosy w koka, aby nie przykuwały uwagi tak samo jak jej posiniaczona twarz.
   - A tobie co się stało? - zapytał barman, podając piwo kremowe jednemu z klientów.
   - Długo opowiadać - westchnęła, nie miała ochoty na specjalne wywody. - Masz może jeszcze MagiPhon*?
   - Mam - wyciągnął spod lady sprzęt. - Pięć sykli się należy - uśmiechnął się szczerbacie.
   - Jestem spłukana, Jeff. Zrób dla mnie wyjątek.
   - Och, no dobrze - warknął. - Ze względu na starą znajomość.
   Mężczyzna podał jej niebieskie pudełeczko z guzikami, na których widniał cały alfabet. Dostała książkę, gdzie znajdowały się podobizny osób i kombinacje wyrazowe. Hermiona sprawdziła stronę z nazwiskami na literę "P". Harry uśmiechał się z wyblakłego zdjęcia, pokazując swoją bliznę. Kobieta wpisała kod "qva-qva-bee-bee" i przyłożyła zardzewiałą słuchawkę do ucha.
   - Halo, Jeff?
   - Harry? To ja Hermiona!
   - Hermiona? Co ty robisz w Londynie?
   - Wszystko się wydało, Harry. Zaatakowano mój dom. Uciekłam. Słyszałam, że jesteście w Londynie. Błagam przyjdź po mnie - powiedziała na jednym wydechu.
   - Czekaj tam. Zaraz będę - rozłączył się.
   Mówiąc '' zaraz", mówił dosłownie. Pojawił się obok niej po tym jak umilkł w słuchawce. Usiadł  za barem i złapał ją za rękę.
   - Dobrze się czujesz?
   - Dobrze. Przepraszam, Harry. Nigdy nie byłam dobrą aktorką. Nie potrafiłam...
   - Zaatakowali nas - powiedział ściszonym głosem. - Trelawney wyczarowała szopę nad stacją King's Cross. Nasza nowa baza.
   - Nie widziałam żadnego domu - pokręciła głową.
   - Bo jest niewidzialny. Lewitujemy w powietrzu, a do środka może dostać się tylko ktoś kto ma odznaczenie Zakonu - pokazał małą czerwoną kropkę na palcu wskazującym.
   - Straciliśmy kogoś? - zapytała modląc się, aby Harry zaprzeczył.
   Wziął głęboki oddech.
   - Zaginął Oliver Wood i Seamus. No i...
   - ... i?
   - Znaleźliśmy ciało Hannah Abott.
   - To straszne - przytkała sobie usta dłonią.
   - Wszystkie dzieciaki w Hogwarcie ukrywają się w środku. Nie ma lekcji. Zbieramy siły. Będzie wojna, Hermiono. Po raz kolejny.
   Jeff przestał polerować kufel i z przerażeniem w oczach słuchał słów Harry'ego Potter'a.

   ***

    Domek nad King's Cross był bardzo przytulny. Hermiona codziennie budząc się zerkała przez okno, na ludzi śpieszących po chodniku do pracy. Życie żyło obok niej, kiedy planowali skok stulecia na schron Voldemorta.
    Arthur Weasley wraz z Minevrą McGonagall, Ron'em i Harry'm stali nad ogromną szczegółową mapą Syberii, debatując nad tym, od której strony powinni zaatakować.
   - Uważam, że powinniśmy przejść tym wąwozem i ich sprowokować do walki - Ron wskazał ciemną plamę na pergaminie.
   - Nie. Ich jest więcej niż nas. Nie wygramy w potyczce twarzą w twarz, Ron - Harry pokręcił głową.
   - A od zachodu? - Arthur wskazał polanę.
   - W jaki sposób? - Minevra zdjęła okulary. - Tu też wywiąże się walka.
   Hermiona wstała z krzesła i nachyliła się nad stołem.
    - A gdyby tak zaatakować ich ze wszystkich stron?
   - Co masz na myśli? - Bill Weasley dołączył się do dyskusji.
   - Gdyby na wszystkich czterech możliwościach postawić grupki ludzi?
   - Jest nas za mało, Hermiono - Arthur pokręcił głową.
   - Ale atakowalibyśmy niekonwencjonalnie. Spójrzcie - wskazała palcem . - W wąwozie dalibyśmy osoby na miotłach. Zrzucałyby z góry eliksiry. Tu od strony lasu, rozsypalibyśmy proszek natychmiastowej ciemności i atakowalibyśmy zaklęciami z drzew.  Od strony polany poślemy żołnierzy z Hogwartu, a tu są skały. Zatrzymają ich skały.
   - A co z nami? - Ron poczuł się ominięty w tym rozdziale obowiązków.
   - Kiedy wszyscy śmierciożercy zostaną wywołani na dwór, w kryjówce zostanie tylko Czarny Pan i jego najwierniejsi słudzy. W tedy wkroczymy my. Będzie osłabiony. Mniej przeszkód. W tedy go pokonamy.
   Z oczu Hermiony biła pewność, której nikt nie potrafił złamać. Wszyscy zaczęli przyglądać się mapie w inny sposób, kiedy usłyszeli jej propozycję.
   - Wszystko dobrze, ale jedno mnie tylko zastanawia - Ron założył ręce. - Dlaczego nosisz dalej obrączkę?
   Hermiona spojrzała na swój palec.
   - To nie jest teraz ważne, synu. Hermiono, to bardzo dobry pomysł. Zrobimy tak jak mówisz.
   - A co z naszymi zasobami eliksirów? - niepewna Minevra McGonagall skierowała swoje słowa do Arthura.
   - Tym już się nie martwcie - powiedział Harry, wyciągając z kieszeni zmniejszoną wersję książki Księcia Półkrwi.

   ***

   Hermiona po raz pierwszy od kiedy dotarła do Zakonu, wyrwała się z Lewitującego Domu - jak ochrzcił go Bill Weasley. Naprzeciwko King's Cross znajdował się pasaż sklepów. Kobieta chciała odreagować i po raz pierwszy od dłuższego czasu przejść się zwyczajnie na zakupy.
   Pół naga w przebieralni usłyszała krzyki. Ludzie uciekali, chcąc znaleźć odrobinę schronienia. Przerażona wyjrzała zza zasłony, a serce podeszło jej do gardła. Kilkadziesiąt postaci w czarnych pelerynach oszczeliwało niebo, a dokładnie dach King's Cross - miejsce ich bazy.
   Zapięła pośpiesznie przymierzane spodenki i za dużą o kilka rozmiarów koszulę męską z przebieralni obok. Chciała zaoszczędzić na czasie i nie wiązać gorsetowej sukienki, w której przyszła.
   - Schowaj się! - krzyknęła do ekspedientki w sklepie i z różdżką w ręce wybiegła ze sklepów.
   Londyńska ulica opustoszała. Został jedynie Zakon Feniksa i śmierciożercy, których z każdą minutą przybywało coraz więcej. Odkryli ich schronienie. Doszło do wymiany ognia. Niestety członków Zakonu wciąż było za mało. Hermiona torując sobie drogę powaliła na ziemię kilka czarnych postaci. Dobiegła do Harry'ego i Ron'a, ukrytych pod dachem przydrożnego kiosku.
   - Co robimy? - chciała przekrzyczeć huk walk.
   - Wdrążamy twój plan. Popatrz - wyciągnął różdżkę i w asfalcie wypalił prymitywny plan okolicy stacji. - Umiejscowienie budynków przypomina trochę ukształtowanie terenu na Syberii. Chłopaki pobiegli po miotły i eliksiry schowane w naszej drugiej bazie.  McGonagall powołała rycerzy Hogwartu do walki. To ostateczne starcie.
   - A my? Mieliśmy atakować Czarnego Pana - Ron zwrócił słusznie uwagę.
   - I właśnie to zrobimy. Tylko musimy domyślić się gdzie jest. Zbierzmy wszystkie informację w kupę.
   Odgarnął włosy z czoła. Hermiona zerknęła w stronę toczących się walk.
   - Tutaj jest większość śmierciożerców - powiedziała.
   - Nie ma tu Sami-Wiecie-Kogo - Ron liczył wymieniane informację na palcach.
   - Ukrywa się. Musi być to miejsce, które łatwo nie przyjdzie nam do głowy. Na pewno nie na Pokątnej- Harry podrapał się po zarośniętym policzku.
   - Miejsce, gdzie jest komfortowo, bezpiecznie, niedaleko i gdzie można się łatwo schować w razie potrzeby... - myślał Ron.
   - Hotel Grand - żółciła brązowowłosa.

   ***
 
   - Tam jest kupa ludzi - Ron zacisnął rękę na różdżce, patrząc jak przez szyby toczy się życie.
   - Trudno, jeśli to jest jedyna możliwość żeby pokonać Czarnego Pana to musimy atakować.
   Hermiona pchnęła drzwi.
   Jakie było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że hotel jest opustoszały.
   - To była iluzja. Myślał, że jak będziemy widzieć ludzi to stwierdzimy, że go tu nie ma - powiedział Ron zadowolony ze swoich trafnych wniosków.
   - Domyślasz się, gdzie może być? - Harry spojrzał na Hermionę.
   - Byłam tutaj z rodzicami tylko raz. Nie do końca pamiętam rozkład tego budynku, ale mam trzy propozycje. Myślę, że może być albo w winnicy, albo  jadalni, albo najlepszym apartamencie na szczycie wieży hotelowej.
   - Rozdzielimy się - Potter wziął głęboki oddech.
   - Tak jest w każdym mugolskim filmie, a później bohaterowie giną - upomniał Weasley.
  - To dobry pomysł. Harry idź do jadalni, Ron, ty do winnic, a ja do apartamentu.
  - A jak mamy siebie poinformować, kiedy coś zobaczymy? - Harry liczył na olśniewający pomysł Hermiony.
   Ronald wyciągnął z kieszeni trzy monety, których używali jeszcze podczas spotkań Gwardii Dumbledore'a. 
   - Ty je trzymasz, stary? - Harry odebrał jedną monetę.
   - Wiedziałem, że kiedyś się jeszcze przydadzą - wzruszył ramionami.
   - Życzę szczęścia - mówiąc to kobieta wsiadła do windy.
   Spokój z jakim winda szybowała do celu i łagodna muzyka w jej głośnikach, w żadnym stopniu nie pasowała do sytuacji jakiej byli świadkami.
   Wysiadła na trzydziestym drugim piętrze, przeszła wzdłuż korytarza i od razu zatrzymała się. Na straży przed wejściem stało dwóch śmierciożerców w maskach. Hermiona wzięła monetę, dzięki której poinformowała przyjaciół o miejscu pobytu Czarnego Pana. Harry już po chwili pojawił się w drzwiach szybu windy i podszedł do brązowowłosej.
   - Ja biorę tego wyższego,dobra? - szepnął.
   Dziewczyna pokiwała głową.
   - Trzy... dwa... jeden...
   - Drentwota!
   - Petryficus Totalus! To było prostsze niż myślałem - Harry spojrzał na dwóch mężczyzn leżących na ziemi.
   Ruszyli w stronę drzwi i z głośno bijącymi sercami otworzyli je. W salonie nie było żywej duszy.
   - Harry, ja idę w prawo - poinformowała Hermiona.
    Weszła do sypialni, jednak tam również nikogo nie było. Wróciła do salonu.
    - I jak? - zapytała Harry'ego.
   - Nic, a tam?
   - Nic .
   - Co do...
   - Harry! To pułapka.
   - To gdzie jest Czarny Pan? - zdziwił się.
   - Matko jedyna! Ron!

   ***

   W winnicy panował półmrok. Harry i Hermiona poruszali się najciszej jak mogli. Już od pierwszych kroków można było usłyszeć głos Voldemorta. Jego deklamacja doprowadzała do szału zmysły.
   - Ciekawe są te monety, ciekawe - mówił, za pewne przyglądając się złotemu krążkwi. - Czyli jak ją obrócę to pojawi się tutaj Potter? Sprawdźmy i poczekajmy.
   W kieszeniach Hermiony i Harry'ego zaczęły wibrować monety.
   - Ja pójdę - powiedziała cicho Hermiona.
   - Nie ma mowy - pokręcił głową.
   - Jest mowa, Harry. Ja pójdę, a ty wkrocz w odpowiednim momencie.
   Niechętnie pokiwał głową. Hermiona pomodliła się w duchu i teatralnie wbiegła do głównej winnicy, chcąc stworzyć pozory, że nie wiedziała co ją spotyka przybywając na miejsce.
   Ron został przywiązany do słupa, a jego różdżka leżała gdzieś pod beczkami z winem.
   - Och, spodziewałem się Pottera, ale na razie musisz mi starczyć. Draco! Przywiąż ją - Voldemort wyrwał jej różdżkę z dłoni.
   Hermiona spojrzała na śmierciożercę, który ściągnął maskę. Ich wzrok skrzyżował się. Nie było w jego oczach żadnych emocji. Kiedy zbliżył się do niej, poczuła mocny zapach wody końskiej. Tak bardzo jej znany. Popchnął ją na słup, znajdujący się po drugiej stronie pomieszczenia. Wyciągnął sznur i skrzyżował jej ręce. Czuła jak ciężkie liny spoczywają na jej nadgarstkach, ale coś było nie tak. Nie dała po sobie poznać, że Malfoy w cale nie związał jej tak jak nakazywałyby to standardy jego pana. Z łatwością mogła wyswobodzić się z lin w każdym chcianym dla siebie momencie.
   - Na "już" różdżka - szepnął ledwo dostrzegalnie.
   - Dziękuję ci Draco. Na tobie zawszę mogę polegać - poklepał go po ramieniu Czarny Pan.
   - Twoje słowo dla mnie rozkazem, panie - ukłonił się.
   - Byłaś moim planem Hermiono. Przez dziesięć lat śledziłem każdy twój krok. Draco starał się jak mógł, ale mój plan wymknął się z moich rąk. Ale dam ci drugą szansę. Masz okazję mi się zreflektować. Może zacznijmy polubownie. Gdzie jest Potter? - spojrzał  naciskiem na Ron'a i Hermionę.
   Nikt nie śmiał się odezwać.
   - Rozumiem, że nie lubicie polubownie - wyciągnął z kieszeni szaty dwie różdżki, po jednej skierowanej na obydwu byłych gryfonów. - Gdzie jest Potter?!
   Cisza.
   Hermiona zamknęła oczy.
   - Crucio!
   Krzyk kilku osób rozbrzmiał w tym samym momencie. Hermiony i Ron'a z bólu. Harry'ego "ZOSTAW ICH!" i Draco "JUŻ!".
   Malfoy popchnął Voldemorta, przez co stracił magiczny kontakt z gryfonami. Hermiona wyswobodziła się z więzów i złapała swoją różdżkę, a Harry wparował do pomieszczenia. W jednym momencie z trojga ust wypłynęły dwa te same słowa "Avada Kedavra", skierowane w jeden cel.
   Zieleń, jak zawsze kojarzona z nadzieją otwarła dla nich nowe wrota. Do lepszego świata. Do pokoju i spokoju. Voldemort upadł rażony potężną magią od równie potężnych czarodziejów. W tym momencie nie było mowy o rozstrzepieniu duszy, czy jakimkolwiek innym ratunku przed śmiercią. Był przytomny, kiedy patrzył w stronę Malfoy'a - sługi, który go zdradził. Jego oczy ze szkarłatno czerwonych zrobiły się brązowe. Zniszczone przez klątwy ciało zmieniło swoją postać, odnawiając się do wyglądu z przed lat . Gdy cała ta przemiana doszła do finału, a przed nimi w pełnej krasie pojawił się Tom Riddle, rażony ręką czasu, z siwymi włosami i zmarszczkami - oddał ostatni oddech.
   - Ron! - Hermiona rzuciła się w stronę przywiązanego Weasley'a.
   - Nic ci nie jest, stary? - Harry pomógł ściągnąć liny z jego rąk.
   - Na szczęście nie. Co jak co, ale ten skurwiel umie umierać z klasą - powiedział patrząc na sztywne ciało leżące na ziemi.
   - Och, ale ty jesteś głupi - wtuliła się w jego szyję.
   - Dzięki, Malfoy - Harry wyciągnął dłoń, którą blondyn mocno uścisnął.
   Hermiona spojrzała w stronę arystokraty i uśmiechnęła się lekko.
   - Możemy porozmawiać na osobności? - zapytała go nieśmiało.
   Skinął głową. Wyszli z winnicy, chcąc pozostawić dzisiejszy dzień poza sobą.
   Recepcja była nieskazitelnie czysta. Cisza, która w niej panowała, pozwalała im skupić się na własnych słowach. Draco wyciągnął z kieszeni peleryny łańcuszek i wręczył go brązowowłosej.
   - Oddaję.
   Hermiona spojrzała na złote inicjały i rzuciła się na blondyna. Wpiła się namiętnie w jego usta. Mężczyzna skrzyżował ją swoimi rękoma, otulając ją peleryną, jakby chciał ochronić tę drobną kobietę przed całym złem na świecie.
   - Wniosę w poniedziałek papiery o rozwód - powiedział poważnie, odrywając się od jej pocałunków. - Należy ci się wolność po dziesięciu latach niewoli.
   - Ale ja nie chcę - pokręciła głową, nie mogąc nacieszyć się jego twarzą.
   Błądziła rękoma po jego policzkach, sprawdzając, czy to na pewno on.
   - Jak to nie chcesz? Przez prawie połowę twojego życia myślałaś, że masz dzieci - Kate i Johna, oraz męża Thomasa Andrew. Nie należy mi się nawet mop w rozdzielności majątkowej.
   - Jesteś potworem, to prawda, ale ja chcę żyć z tobą. Do końca moich dni, jak w przysiędze, którą sobie składaliśmy. I kolejne dziesięć, albo pięćdziesiąt lat mieszkać z tobą, uprawiać  z tobą seks i kochać cię, tak po prostu. Rozumiesz? Jeśli tego nie chcesz...
   Zapadła cisza. Hermiona próbowała wyswobodzić się z objęć, ale Draco nie pozwolił jej na to. Sięgnął po jej prawą dłoń i ucałował palec, na której znajdowała się obrączka. On sam nie zdjął swojej, ani na chwilę.
   - Chcę - powiedział zanim ją pocałował.

   ***
   Epilog

   - Jeff? Po co do mnie do mnie dzwonisz?
    Harry przestał całować Ginny i odebrał telefon.
    - Mamy kłopot z twoim przyjacielem.
    - Z Ron'em? Co się dzieje?
    - Majaczy i się szarpie. Zamknęliśmy go w pokoju.
   - Co mnie obchodzi, że chłopak się upił. Ma trzydzieści lat, jest dorosły i wie co robi. Cześć.
   Ciemnowłosy odłożył słuchawkę i wrócił do pocałunków swojej żony, jednak telefon znów odezwał się. Z niechęcią znowu go odebrał.
   - Harry, nie odkładaj słuchawki!
   - Jeff, cholera, nie wiem. Zamów mu taksówkę, zaprowadź do domu. Nie jestem wam potrzebny.
   - Pamiętasz, kiedy świętowaliśmy śmierć Voldemorta w barze trzy lata temu?
   - Pamiętam. A co wzięło cię na wspomnienia?
   - Mówiłeś w tedy, że zanim Czarny Pan umarł, zeszła z niego klątwa i zamienił się spowrotem w Tom'a Riddle'a.
   - Tak mówiłem, ale do rzeczy.
   - Nie wiesz, czy to mogło mieć jakiś związek z Weasley'em? Ta cała klątwa mogła w niego wniknąć? Bo jego oczy zrobiły się całe czerwone, jak krew i bełkocze coś o tym, że Czarny Pan powrócił. Halo? Potter? Jesteś tam? Halo!

Koniec



wattpad.com


......
I jest! Wyczekana miniaturka. W ankiecie zdecydowaliście, że ma to być kolejne Dramione, więc przychodzę do Was z dosyć nietypową propozycją. Mam nadzieję, że Wam się spodobała!
ZACHĘCAM DO KOMENTOWANIA! To daje niezłego kopa do pracy!
Życzę miłego tygodnia! <3

Samara Marble